• pl
  • en
  • ch
Paweł Baranowski - EMD
Długo zastanawiałem się co można napisać o nowej płycie Motion Trio. No bo niby skąd można mieć jakiś punkt odniesienia. Muzyka akordeonowa.
Wprawdzie akordeon pojawia się tu i ówdzie od czasu do czasu, są nagrania Threadgila, Douglasa, Klucevseka, czy przede wszystkim Piazzolli, Saluzziego i Galliano. Jest akordeon obecny w muzyce cygańskiej, niemieckiej, rosyjskiej czy przede wszystkim argentyńskiej. Jest też w kapelach podwórkowych. Jest jednak jedno ale. Motion Trio to trzy akordeony i nic więcej.Nawet, gdy na tej płycie słychać perkusję - to jest to akordeon, rozciągnięty akordeon, a muzycy uderzają w jego miechy. I cóż z tym fantem zrobić? We wszystkich wspomnianych przykładach, nawet u tych największych: Galliano, Piazzolli, Saluzziego - instrumenty ich (przy czym w tych dwu ostatnich przypadkach to bandoneon, a nie akordeon) są jedynie jednym z elementów, najczęściej nawet koloryzującym, a nie wyłącznym uczestnikiem spektaklu. Jak więc oceniać taką muzykę? Najlepiej bez kompleksów. Bez kompleksów, albowiem muzycy, którzy ją grają takowych nie mają. Postanowili udowodnić światu, że trzy akordeony są wystarczającym medium do stworzenia muzyki. Ciekawej muzyki. I..., doczytajcie do końca, sięgnijcie po płytę i odpowiedzcie sobie sami. Pierwszym efektem było zaskoczenie. Z dotychczasowych dokonań Motion Trio spodziewałem się, że usłyszę muzykę, którą można zaklasyfikować jako world music, a tu - nic z tego. Tak, więc, gdy odeszło już zaskoczenie, gdzieś tak po dwu pierwszych utworach, gdy rozbrzmiały Stars, ledwie, gdy oswoiłem się z myślą, że na trzech akordeonach nie musi się grać world music, pojawiło mi się pytanie: po jakiego grzyba grać na akordeonach muzykę, którą można wykonywać na instrumentach elektronicznych, bowiem owym Gwiazdom najbliżej chyba do muzycznych dokonań Jarre'a. W tym błogim nastroju trwałem zaledwie około 5 i pół minuty, albowiem po Gwiazdach muzycy wciągnęli mnie w grę, a w zasadzie w Grę Czwartą. I tu dostałem opadu szczęki. Akordeony zostały potraktowane kompletnie bezkompromisowo. Bez żadnego obciachu. Potraktowane jak pełnoprawny instrument koncertowy, jak fortepian, instrumenty smyczkowe, dęte - nie jakaś tam popularna cyja. To tu pojawiają się elementy perkusyjne grane na akordeonach, tu brzmią one jakby muzykę taką - na akordeony solo (no trio, w zasadzie) tworzono od zawsze. Jakby chłopcy z Motion Trio nie byli pierwszą taką kapelą na świecie, ale jakby wpisywali się w dotychczasową tradycję takiej muzyki. Ale przecież tak nie jest! Oni są pierwsi i niemal jedyni. Potem pojawiają się przepiękne dźwięki Księżyca. Znów jakby muzyka elektroniczna, ale... akustycznie. Nie będę już dalej nudził - do końca płyty jest tak samo: pojawiają się przecudnej urody dźwięki, nieco jakby z innego świata. Aż dziw, że wszystkie one zostały wykreowane jedynie przy pomocy akordeonów. Niecierpliwie czekam na dalsze propozycje Motion Trio. Wiem, że niebawem - już w czerwcu - pojawić się mają z trębaczem Frankiem Londonem. O ile dojdzie do tej współpracy, będzie to już drugie takie przedsięwzięcie po niezmiernie udanych koncertach z Tomaszem Stańko.