• pl
  • en
  • ch
Wacław Krupiński
Krótsze lub dłuższe okresy grania na ulicy ma w swych biografiach wielu bardzo znanych muzyków
Grał na ulicach Polski i Europy z sześć lat, a potem jeszcze ze trzy z Motion Trio. Do dziś widząc grającego na ulicy myśli: "O, tu chłopie nie zarobisz...". - Dla grającego na ulicy dobre miejsce to, jak w handlu - połowa sukcesu. Druga to towar - czyli muzyka. I bardzo ważny jest wygląd. Zawsze grałem w czyściusieńkiej, białej koszuli w nutki i dbałem o to, by mieć czyste pudełko, zadbany akordeon. To wszystko miało świadczyć, że nie występuję jako żebrak, ale uliczny artysta. Na rolę miejsca i stroju zwraca także uwagę inny akordeonista tej formacji - Marcin Gałażyn. Przez wiele lat grał na streecie z kolegami, z którymi stworzył istniejącą do dziś, acz już bez niego, grupę Que Passa. - Wychodziliśmy na ulicę zawsze starannie ubrani, to budziło zaufanie i dawało szanse na tzw. strzały, czyli zaproszenie do czyjejś rezydencji, gdzie graliśmy dla gości. I zawsze dbaliśmy o repertuar. Musiał być efektowny i świetnie grany: covery muzyki latynoamerykańskiej, Chick Corea, Paco de Lucia... Zaczął grać na ulicach jeszcze jako uczeń liceum muzycznego w Białymstoku, ale wyszedł na nie studiując w Krakowie; uznał, że to lepsze niż praca w smażalni hamburgerów. Także z powodów finansowych. Przekonał się o tym przed laty także Stefan Błaszczyński, wyborny flecista. Pojechali z żoną, też flecistką, do Grecji zbierać orzeszki. Któregoś dnia w knajpce, w której zapłacili niemało za jakieś sałatki, usłyszał grajka rzępolącego na skrzypcach, a ludzie mimo to rzucali mu drachm wcale nie mało. Następnego dnia sam siadł na ulicy z fletem; zarobił tyle, ile za cały dzień przy orzeszkach. Nie było sensu do nich wracać. Przez lata objechał Szwajcarię, Niemcy, Austrię... Ulice. Place. Miejsce jest bardzo ważne. Gałażyn mówi o czterech miejscach w Polsce, gdzie zawsze się opłacało grać: Zakopane, Kazimierz nad Wisłą, ale tylko w week- endy, Sopot i Gdańsk. Tam grywali regularnie. Wojtarowicz, który po Europie jeździł sam, bardzo lubił dworzec w Lyonie, skąd jednak przeganiała służba kolejowa. - Ale za dobre pieniądze się tam zarabiało, żeby rezygnować. Wszedłem w kontakt z jakimiś żulami z Polski; jeden z nich za 10 franków na godzinę ostrzegał mnie, gdy nadchodziła służba. Kłopot jest też z władzami miasta, od których trzeba mieć pozwolenie, zwłaszcza gdy się używa nagłośnienia. - W Zakopanem przyszliśmy z kolegami z Que Passa do Urzędu Miasta, prezydenta nie było, sekretarki powiedziały, że musimy złożyć stosowne podanie... A my, ku ich oburzeniu, napisaliśmy niemal prywatny list, że jesteśmy świetnym zespołem, że studiujemy na akademii, dołączyliśmy płytę i w tym momencie wszedł prezydent... Spodobaliśmy mu się, dał zgodę i od tego czasu mieliśmy spokój, Straż Miejska już też nas znała... - wspomina Gałażyn. Grali też oczywiście w Krakowie, na rogu Floriańskiej i Rynku. - Na początku chcieli nas stamtąd przegonić Cyganie, ale szybko się między nami poukładało. Jeden z nich muzykę gipsy grał genialnie, marzyłem, aby kiedyś nagrać z nim płytę. Bo na ulicy też jest konkurencja. Marcin pamięta, jak w 1996 roku pojechał z kolegą skrzypkiem grać w paryskim metrze. - Wchodziło się do wagonu; "bonjour" i grało się przejeżdżając trzy-cztery stacje, po czym zbierało się pieniążki i zmieniało wagon. Któregoś dnia grałem już sam, patrzę, a w sąsiednim wagonie gra Jarek Bester. Ale potem przyjechały tabuny muzyków ze Wschodu i popsuł się rynek. Generalnie streetowcy przyznają, że muzyk na ulicy jest poważany. Choć są i wyjątki. Wojtarowicz wspomina, jak w Wenecji w pobliżu placu św. Marka, stara Włoszka strasznie wrzeszczała, czego nie rozumiał. Pojął język włoski, jak tuż koło niego wylądowała doniczka. Ostatnie wątpliwości rozwiał lany z góry wrzątek. - Męczące potrafią być też dzieci. Podchodzi taki malec, łapie cię za nos, a ty musisz się uśmiechać, robiąc za ulicznego klauna. W Lyonie dziecko ciągnęło mnie za ucho - wytrzymałem, łapało za akordeon - też. Ale jak wzięło skrzyneczkę z pieniędzmi i wysypało mi je na łeb, co wywołało ogromne brawa, zdjąłem instrument, wziąłem dziecko na ręce, zaniosłem matce i szybko się oddaliłem, wcześniej zebrawszy pieniądze. Jedną z największych przygód przeżył Wojtarowicz w Rzymie. Grał, gdy nagle zobaczył obok jakiegoś grubego, obwieszonego złotymi łańcuchami Włocha, a wraz z nim trzech facetów o jednoznacznie groźnym wyglądzie. I nagle ktoś mówiący po angielsku, wskazując na tego Włocha, rzekł: "On mówi, że ładnie grasz, tylko cię w ogóle nie słychać". - I nagle ci faceci wzięli mnie pod ręce i wsadzili do samochodu. Jechaliśmy dość długo, gruby coś gadał, czego nie rozumiałem. Horror. Po czym wprowadzili mnie do sklepu ze sprzętem muzycznym; rozłożyli przede mną piecyki gitarowe i mikrofony dając mi do zrozumienia, że mam sobie wybrać. Opuściłem sklep mając świetny sprzęt nagłaśniający i dwa nowoczesne przypinane do akordeonu mikrofony, po czym zostałem odwieziony w miejsce, skąd mnie zabrali, bo moi mecenasi chcieli posłuchać, jak ten sprzęt działa. Nie spotkałem ich nigdy więcej. Już mając sprzęt, grał we Freiburgu pod kościołem Toccatę i fugę d-moll Bacha; siedząc na małym krzesełku, co sprawia, że widzi się ludzi do wysokości kolan, zorientował się, że słuchający gwałtownie odchodzą. To, co ujrzał, wyjaśniało wszystko - miał przed sobą same glany! - Bałem się podnieść głowę, niemniej dostrzegłem, że idzie do mnie olbrzymi skin. Skuliłem głowę, a miałem wtedy jeszcze kręcone włosy, gdy poczułem, jak mnie łapie... Wreszcie usłyszałem "gut" i zobaczyłem 20 marek... Kiedyś z kolei w metrze dostrzegł ze swego stołeczka, że ma "wspólnika". - Jakiś kloszard chodził wśród ludzi i zbierał moje pieniądze... Granie na streecie dostarcza niesamowitych przeżyć, ale także doświadczeń. - Słucha cię nieraz kilkaset osób. To budujące potwierdzenie twego talentu; nikt cię nie zna, siedzisz anonimowy na ulicy i broni cię jedynie głos twego instrumentu... A ludzie stoją lub siedzą na bruku i słuchają przez pół godziny... Niesamowicie przyjemne wrażenia - wyznaje Stefan Błaszczyński. Marcin Gałażyn wspomina, jak kiedyś w Krakowie, w pochmurny dzień, słuchał ich z wyraźnym uśmiechem na twarzy jakiś mężczyzna, po czym chwaląc, jak wspaniale grają zaoferował im hiszpańską gitarę, którą ma w domu. I dał. Potem przez parę lat był menedżerem Que Passa. Na Floriańskiej usłyszał ich też w 1997 roku menedżer Fisha i zaprosił do studia koncertowego TV Kraków jako support. Oczywiście, ulica daje także pieniądze. Ile? Wojtarowicz nie kryje, że bywało, iż po dwóch miesiącach pracowitych wakacji miał potem z czego żyć aż do następnych. Gałażyn ocenia, że po 3 miesiącach w Niemczech, Szwajcarii czy Francji zarabiał tyle, że starczało na pół roku... Niemcy są najbardziej hojni w soboty przed południem, kiedy robią zakupy, Francuzi z kolei przy okazji ludowych jarmarków. Bardzo ważne jest też posiadanie płyty, sam kapelusz to za mało. Jak jest dobry dzień, to się sprzeda nawet 50 sztuk. I ważna jest pogoda; ileż razy z utęsknieniem czekał Gałażyn z kolegami aż przestanie lać, zwłaszcza gdy był to początek podróży i nie mieli ani na jedzenie, ani na benzynę, na nic. Dojechali do Strasburga, leje cały czas, suchy prowiant się kończy, samochód jako noclegowania daje się we znaki... Wreszcie wypogodziło się, stanęli pod katedrą, zarobili mnóstwo kasy. Był ciepły grudzień, pojechali zarobić na święta do Berlina. A tam minus 8. - Cóż, butelka rumu i do roboty. Zarobiliśmy niewiele więcej niż na bilety powrotne, a mnie pękło w akordeonie 17 stroików, co przekłada się na 17 dźwięków, których nie ma. Trzy dni później grałem Bacha na akademii, zdenerwowanemu profesorowi nie miałem odwagi powiedzieć, do jakich celów używałem instrumentu. Bo wtedy wziął ze sobą instrument lepszy - w pełni profesjonalny, do ćwiczeń na akademii i na ważniejsze grania uliczne. Była jeszcze czeska delicja, wyłącznie na ulicę. Grała nawet po trzech dniach leżenia na dnie jeziora oraz dwóch dniach suszenia na słońcu. Instrument wysokiej klasy by tego nie zniósł ma pewno. Granie na streecie to zarazem znakomite muzyczne warsztaty i bardzo rozwijające doświadczenia. - Profesorowie, wykładowcy powinni sprzyjać młodym, którzy grają na ulicy. Nie tylko dlatego, że to im daje zarobek. To jest dla nich pierwszy sposób na zaistnienie; do sal koncertowych jeszcze nie mają dostępu, a ulica daje im kontakt ze słuchaczem, pozwala obserwować jego reakcje, nawiązywać z nim kontakt. To są godziny grania spędzone z instrumentem... - mówi Gałażyn, który pamięta, że granie takie nie wszystkim się podobało na uczelni. - Choć kiedyś jeden z najważniejszych wykładowców rzucił nam pieniążek na Floriańskiej. Krótsze lub dłuższe okresy grania na ulicy ma w swych biografiach wielu dziś bardzo uznanych muzyków. Wojtarowicz się śmieje, że pokonał drogę z ulicy do Carnegie Hall. Muzykę na płytę Motion Trio "Pictures from the street", obecną w wielu krajach świata, napisał właśnie po przeżyciach na streecie... Co trzeba mieć, by odnieść na ulicy sukces? - Wirtuozeria to nie wszystko. Konieczne jest wyzwolenie w sobie swobody, brak skrępowania, bo ulica wymaga swoistego show. My mieliśmy opracowany schemat mniej więcej półgodzinnych setów, dwa utwory na początek, trzeci miał zebrać jeszcze więcej ludzi, czwarty podbić mocno nastrój, po czym następował jakiś hit, po którym już grał tylko duet, a jeden z nas witał publikę mówiąc, że za chwilę będą czary, które sprawią, że połowa z tu obecnych zniknie. I wtedy zaczynał zbierać pieniądze, a ludziom już było trochę głupio tak odchodzić - mówi Gałażyn. - A potem jeszcze była chwila na zakup, produkowanych własnymi siłami płyt, które nie zawsze się odtwarzały i robiliśmy przerwę. A potem wszystko od nowa. Oczywiście, dawni streetowcy nie kryją, że granie na ulicy przypisane jest młodości. Jednak Wojtarowicz twierdzi, że dusza streetowca została w nim do dziś i gdy widzi grających, wspomnienia wracają. Gałażyn rok temu odwiedził z żoną Sopot, spotkał tych samych Cyganów z Bułgarii, co przed laty. - Zagrałem z nimi trzy numery, wzięliśmy kasę i poszliśmy na obiad powspominać dawne dzieje.