Kaskady dźwięków pełne rytmu
środa, 4 sierpnia 2010 r.
Dalece odbiega od tego, co przeważnie kojarzy się z akordeonem. Nie folklor. Nie tango. Nie musette. Zamiast tego kobierzec dźwięków, wyjątkowa rytmiczność, elementy rocka, jazz, klasyka i muzyka minimalna. W poniedziałkowy wieczór, w stoczni Everswerft w porcie Niendorf, Janusz Wojtarowicz, Paweł Baranek i Marcin Gałażyn oddali pełen szacunek swemu przydomkowi „Trio Furioso”.Naprawdę nazywają się „Motion Trio”, od 14 lat grają razem i koncertują po świecie. Trio przywykło do dużej publiczności, dwa lata temu grało w nowojorskiej sali koncertowej Carnergie Hall – a w poniedziałkowy wieczór przykuło uwagę 1000 osób. Bilety na koncert w hali stoczniowej były od dawna wyprzedane. Motion, dynamika: płyną kaskady dźwięków, rytmiczne basy tworzą korpus, nad tym wszystkim falują melodie. Od czasu do czasu trio pozwala sobie na improwizację, dzięki wyśmienitej akustyce wypełnia kruchą architekturę przemysłową kakofonicznymi fanfarami.Jednak większość utworów jest pełnych harmonii. Bazą nadzwyczajnych aranżacji są tacy mistrzowie jak Chopin czy Bach. Mało co zwiastuje, że są to trzy akordeony, które produkują ekstatyczne tony. Trzech Polaków puszcza wodze fantazji; grają przez półtorej godziny z wyraźną radością, produkują również rytmiczne struktury: akordeon zamienia się w bongosy, wykorzystywany jest nawet klekot klap regestrów.Ale to nie techniczna wirtuozeria sprawia, że Motion Trio reprezentuje awangardową grę na akordeonie. W większym stopniu przyczynia się do tego jednorodność współbrzmienia, dzięki której bez trudu rodzą się nadzwyczaj skomplikowane aranżacje.Wzbudzają one frenetyczny aplauz dużej części publiczności. I większość słuchaczy opuszcza halę poruszona przekonaniem, że przy pomocy akordeonu można tworzyć nowoczesną, porywającą muzykę. Burza temperamentu: polskie Motion Trio grało z ogromną fantazją.
Achim Krauskopf
Odkrycie: polscy wirtuozi akordeonu
Pełna namiętności gra na instrumencie.
HAMBURG – Zapach smaru i ścieranych hamulców. Publiczność musi przeciskać się na koncert pomiędzy pociągami na kozłach – do trzech mężczyzn, którzy tworzą Motion Trio. W miejscu tym – hali naprawczej pociągów w Hamburgu-Ohlsdorfie - można spodziewać się czegoś szczególnego. I Janusz Wojtarowicz, Paweł Baranek i Marcin Gałażyn (zapamiętaj!) właśnie to gwarantują: muzykę akordeonową w ironicznym stylu, o nowatorskim brzmieniu. Odrzucają poły fraków, przyjmują rzewny wyraz twarzy i odgarniają z czół nieistniejące loki - ironizując tym samym z zamaszystych gestów wirtuozów, aby w chwilę później zaintonować potpourri utworów fortepianowych Chopina jako tango, a preludé jako sambę. Jednakże nie ma znaczenia czy jest to zapowiedź Chopina, Michaela Nymana, czy Wojciecha Kilara – w zasadzie wszystko to kompozycje własne, które trio z wielką ekspresyjnością i udramatyzowaną mimiką wydobywa z instrumentów w hali naprawczej szybkiej kolei, a wieczór później w hali stoczni Everswerft w Niendorf, z instrumentów wielce niedocenianych w świecie muzyki klasycznej. I tak dudnią bity techno, i tak rozbrzmiewają minimalistyczne repetycje zdające się nie mieć końca. Muzycy nie obawiają się zgiełku, dysonansu, nie boją się też harmonijnej trywialności. Wojtarowicz, lider trio, jako mistrz de plaisir uwija się na przemian pomiędzy obydwoma kolegami, dodatkowo przetwarzając muzykę na ruch, czym porywa publiczność. Gromkie oklaski na obu wieczornych koncertach, na które wyprzedano wszystkie bilety. mib
W krainie dźwięków akordeonu
Altenhof. Kiedy występuje Motion Trio, akordeon w rękach trzech wirtuozów staje się zabawką. Od połowy koncertu w Kuhhaus w Altenhof olśniewającymi obrazami dźwięków własnych kompozycji i interpretacji Chopina polscy muzycy porwali do owacji na stojąco i okrzyków z prośbą o „bis”.Dwa akordeony guzikowe i jednej klawiszowy, trzy szlachetne instrumenty Pigini, w dłoniach Marcina Gałażyna, Janusza Wojtarowicza i Pawła Baranka stają się akustycznymi multinarzędziami: Gałażyn operuje miechem od przodu i od tyłu, jakby to był kachon, z krawędzi wydobywa trzaski, poprzez dmuchanie w miech wyzwala nawałnicę. Uderzenie Wojtarowicza bez ciśnienia powietrza wyzwala terkot dobrze naoliwionej maszyny krawieckiej. Baranek wyczarowuje spod palców spadające perełki deszczu. Tony pozbawione wibracji, wytwarzane klasycznie przez naciśnięcie klawisza lub guzika są eliksirem dla ucha. Ale również i w tym przypadku trio chcąc eksperymentować egzekwuje maksimum możliwości dźwiękowych: potęgę organów, średniowieczne brzmienie liry korbowej, dudy, skrecz, dla Motion Trio wszystko jest możliwe. Środek pomocniczy dla efektów dźwiękowych techno: mikrofon, który dzięki uderzeniom ręki nadaje utworowi „DJ Chicken” odpowiedni rytm.Chopin pośród nowoczesnych krajobrazów brzmienia dobrze przemyślanego programu działa organicznie jak przeciwległy biegun: uduchowione trio wydobywa z instrumentów melancholię i snujące się bezkresy, osadzając melodie w przestrzeni i czasie. Interpretacja walca F-Dur, opus 34 nr 3 Wojtarowicza działa niczym kuracja odmładzająca. Z podkładem w rytmie bossa nova utwór wibruje z nowym natężeniem. Zaś na burze oklasków trzej muzycy reagują z minami zdradzającymi zadowolenie i zaskoczenie, jak gdyby chcieli powiedzieć: „Wszak to tylko muzyka!”.
Beate König
Le Motion Trio revisite Chopin version accordéon.
Poruszenie : Chopin oszołomiony
W dużej sali zespół "Motion Trio" przedstawił interpretację utworów Chopina na akordeonie. Cóż to za śmieszny pomysł, powiecie zapewne ! A jednak, kiedy trzej muzycy rozpoczęli grę nastała zupełna cisza. Wydawało się, że tłum się zatrzymał, niektórzy przybyli tutaj, aby posłuchać muzyki, inni tylko przechodzili. Jednakże w miarę jak zespół grał, zbierała się wokół niego coraz większa grupa słuchaczy. Muzyka intrygowała, zadziwiała, czasami szokowała, ale magia zadziałała. Wokół sceny cały czas narastał tłum. W grze było coś nieoczekiwanego i nowoczesnego, interpretacja niektórych utworów zbliżała się nawet do bossa novy, gdy jeden z muzyków wybijał rytm na swoim akordeonie niczym na tam-tamie. W sumie był to bardzo oryginalny i udany koncert, gdyż publiczność nagrodziła muzyków owacjami na stojąco i burzą oklasków.
Erwann Criou
Obustronnie Podekscytowani
O płycie nagranej z polskim akordeonowym Motion Trio i współpracy z reżyserem Jerzym Skolimowskim opowiada kompozytor Michael Nyman
- Czy waszej współpracy nie zaszkodziło to, że muzycy Motion Trio są zagorzałymi wielbicielami pańskiej muzyki ?
- W zasadzie pomogło. Kiedy natrafiam na taką pasję i oddanie, jakie widzę u Janusza Wojtarowicza i pozostałych chłopaków z Motion Trio, wówczas i mnie udziela sie entuzjazm. To obustronne podekscytowanie niezwykle ułatwiło mi pracę.
- Nie byli czołobitni w traktowaniu pańskiej muzyki ?
- Ich nie interesuje wyłącznie reprodukcja mojej muzyki, ale prowadzenie jej w nowe miejsca. W utworze "Come Unto These Yellow Sands" wyszli daleko poza bezpośrednią transkrypcję, stworzyli pełnowartościową muzyke akordeonową. Dla kompozytora to czysta rozkosz usłyszeć własne dzieło w tak zaskakującym kontekście
- Jaka była pańska rola w tym projekcie ?
- W zasadzie nie zrobiłem nic! Motion Trio przebrnęło przez cały mój dorobek, wybrało utwory i przygotowało aranżacje. W Michael Nyman Band mamy sekcję rytmiczną, smyczkową, dętą, no i fortepian. Wydawałoby się, że większa róznorodność nie jest potrzebna, wręcz nie ma sensu. Ale gdy Motion Trio dołączało do nas na scenie, efekt brzmieniowy był imponujący.
- Motion Trio zmieniło Pana zdanie o akordeonie ?
- W Londynie ten instrument kojarzy się jednoznacznie z muzyką francuską- uliczną albo filmową. Jeśli akcja rozgrywa sie w Paryżu, prędzej, czy później usłyszymy akordeon. Tak jak dokument o Hiszpanii - nawet jeśli dotyczy futbolu, nie może obyc się bez flamenco. Motion Trio uwolniło mnie od tego stereotypowego podejścia.
- Zamierza Pan jakoś skorzystac z tej wolności ?
- Jak dotąd napisałem tylko jeden utwór na akordeon i rzeczywiście chcę to zmienić.
- Może przy okazji muzyki do nowego filmu Jerzego Skolimowskiego ?
- Ten soundtrack ma mieć dość dziwny, mroczny wydźwięk, więc gdy teraz o tym myślę.. Czemu nie ? Przy okazji uniknąłbym kliszy. Wystarczy oddać puls basu któremuś z akordeonistów i już mamy nową jakość.
- Jak poznał pan polskiego reżysera ?
- Polski Instytut Kultury w Londynie poprosił mnie o stworzenie 20-minutowego utworu muzyczno-wizualnego zmontowanego z klasycznych polskich filmów z lat 50. i 60. Pierwsze wykonanie odbyło sie w Londynie. Podczas drugiegi, już w Gdańsku, na widowni znalazł się Jerzy Skolimowski, a większośc fragmentów, które wybrałem, pochodziła własnie z jego filmów. Po koncercie wystarczyło, że nas sobie przedstawiono...
POLSKIM OKIEM
O Michaelu Nymanie mówi Janusz Wojtarowicz z Motion Trio
Z muzyką Michaela jest tak jak z akordeonem: w wielu kręgach jest niedoceniany. Muzycy filmowi uważają, że jego twórczośc jest za trudna, natomiast klasyczni - że zbyt łatwa. Ja zawsze byłem fanem Nymana. Wybrałem i zaaranżowałem na nasz album utwory, z których większość Michael napisał do filmów Petera Greenewaya. Jest też moja autorska kompozycja "Silence", która wpisuje się w klimat minimal music. termin ten wymyślił sam Nyman, gdy jeszcze był wziętym krytykiem. A potem sam zaczął tę muzykę tworzyć.
Finał Solidarity of Arts: Koncert Michel Nyman Band i Motion Trio w Polskiej Filharmonii Bałtyckiej
Muzyczny finał Solidarity of Arts, czyli wspólny koncert Michel Nyman Band i Motion Trio w Polskiej Filharmonii Bałtyckiej w Gdańsku, był, jak na końcowy akcent przystało, zdecydowanie fajerwerkiem, nie niewypałem
Współczesnym filharmoniom często się zdarza przekraczać niewidoczną, choć czasem boleśnie wyczuwalną granicę pomiędzy sztuką a komercją. Przed czwartkowym koncertem można było mieć o to obawy, ale równowaga pomiędzy artystycznym przeżyciem i rozrywką została zachowana i w pełnej sali gdańskiej filharmonii głębsze doznania harmonijnie się przeplatały z wybuchami świątecznej radości.
Z pozamuzycznego przebiegu koncertu warto przytoczyć słowa prowadzącego wieczór Krzysztofa Materny, który umotywował nieobecność na sali prezydenta Lecha Kaczyńskiego faktem, iż jest on jedyną osobą w państwie, która obowiązkowo musi mieć włączony przez całą dobę telefon komórkowy. Żart padł na podatny grunt, choć nie miał szczególnie solidarnościowego posmaku. Taki jednak jest Gdańsk, a Materna wie doskonale, gdzie i do kogo mówi.
Michael Nyman jest kompozytorem wywodzącym się z kręgu współczesnej muzyki poważnej, ale największe sukcesy święci na polu muzyki filmowej. Dwa miliony sprzedanych egzemplarzy jednej płyty, ścieżki dźwiękowej do filmu "Fortepian", to nakład zupełnie abstrakcyjny dla lwiej części światowych kompozytorów, nawet tych uważanych za gwiazdy. Brytyjski kompozytor i pianista takie wątpliwości ma jednak za nic, konsekwentnie idąc swoją ścieżką pomiędzy twórczością dla elity i mas. Nie znaczy to jednak, że można zarzucać mu jakiś rodzaj zgniłego kompromisu. Kompozytor wywodzi się z minimalizmu, kierunku uwzględniającego postmodernistyczną wrażliwość wyhodowaną na muzyce pop i telewizji. Doskonale wie zatem, że poważniejsze treści należy opakowywać w błyskotliwą formę, w innym przypadku artysta skazuje się na marginalizację.
Nyman bynajmniej nie ukrywa, że zależy mu na uwadze publiczności - w składzie prowadzonej przez niego orkiestry kameralnej Michael Nyman zasiadło kilkanaścioro ekscentryków płci obojga. Odnosiło się wrażenie, że o każdym z muzyków, którzy wystąpili w Gdańsku, samym Nymanie i trzech młodych Polakach z grupy Motion Trio można by nakręcić osobny film. Nietuzinkowe, intrygujące twarze, dziwne grymasy na estradzie paradoksalnie nie odciągały od muzyki, ale pozwalały się na niej skupić - po prostu dzisiejszy słuchacz oprócz fonii potrzebuje wizji.
Koncert był montażem fragmentów kompozycji filmowych Nymana i jego muzyki autonomicznej, ale trudno było obie te grupy rozróżnić. Podstawowym elementem każdej kompozycji Nymana jest prosty, kilkuakordowy motyw, który podlega różnorakim przetworzeniom, ale niepodzielnie króluje nad całością, obsesyjnie, katarynkowo powracając - przy takiej konstrukcji kluczowa jest barwa dźwięku, a tę muzycy obu połączonych zespołów czarowali w sposób niezrównany. Niecodzienny skład instrumentalny, z kontrabasem, zastąpionym przez gitarę elektryczną, rozbudowaną sekcją dętą przy skąpo dozowanych smyczkach, a do tego centralnie usytuowanym trio akordeonowym, wykreował tego wieczoru niepowtarzalny klimat.
Gdańsk. Koncert Michaela Nymana na Ołowiance
Wymyślił, zagrał, a potem rozsławił muzykę minimalistyczną na całym świecie. Już w środę Michael Nyman zagra swoje największe muzyczne hity dla fanów zgromadzonych w Filharmonii Bałtyckiej.
«Trwający w Gdańsku Festiwal "Solidarity of Arts" to nie tylko koncerty rockowych sław. W jego ofercie znalazło się również miejsce dla muzyki współczesnej, i to najwyższej światowej klasy. Mowa oczywiście o podwójnym koncercie brytyjskiej formacji Michael Nyman Band i polskiego Motion Trio, który usłyszymy już w najbliższą środę. By było ciekawiej, koncert odbędzie się w gościnnej sali Polskiej Filharmonii Bałtyckiej na wyspie Ołowianka.
65-letni Michael Nyman jest muzyczną legendą, przed którą wespół chylą głowę fani minimalizmu, czyli potoku dźwięków opartych na powtarzalności, i krytycy, wedle których nie ma on sobie równych w panteonie kompozytorskich talentów. Już samo wyliczanie dziedzin, w których dotąd pokazał swoje umiejętności, wywołuje rumieńce na twarzach melomanów. Nyman składa nuty dla orkiestr zarówno symfonicznych, jak i kameralnych, wirtuozersko grywa na fortepianie, klawesynie i klawikordzie, potrafi utkać dzieło na chór i do opery oraz nierzadko osobiście dyryguje na scenie.
Nie pogardzi saksofonem, a jeśli trzeba - zrobi wielkoformatowe zdjęcie, nakręci film video i machnie recenzję, bowiem w jego CV wyraźnie stoi, że w latach 1968-1978 z powodzeniem realizował się także jako krytyk muzyczny w brytyjskiej prasie (m.in. dla "Spectatora"). Wtedy wymyślił też termin "minimalizm", którym ochrzcił to, co po mistrzowsku serwował fanom z filharmonicznych scen. I choć dziś innych minimalistów na świecie nie braknie (do uprawiania gatunku przyznają się takie sławy, jak Philip Glass, Steve Reich czy nasz rodak Henryk Mikołaj Górecki), to właśnie bezapelacyjnie Nyman dzierży berło minimalistycznego króla.
Ale choć wtajemniczeni rozkoszują się w filharmonicznych aulach jego muzycznymi eksperymentami, dla rzesz kinomanów na całym świecie jest przede wszystkim tym twórcą, który zilustrował dźwiękiem korowód srebrnoekranowych smakołyków. Triumfalny pochód zaczął w roku 1982, gdy napisał rwącą jak górski strumień, stylizowaną na barok ścieżkę dźwiękową do "Kontraktu rysownika" Petera Greenawaya, pysznej kryminalnej opowieści z epoki, istnej uczty dla oczu i uszu smakoszy. Współpraca ułożyła się obu dżentelmenom tak wybornie, że Greenaway przed kamerami nazwał Nymana swoim nadwornym kompozytorem, a ten odwdzięczył się filmowcowi muzycznym udziałem w sukcesie jego kolejnych produkcji.
A potem były kolejne hity, m.in. "Wyliczanka" (1988), "Kucharz, złodziej, jego żona i jej kochanek" (1989), "Mąż fryzjerki" (1990), "Księgi Prospera" (1991), "Król Olch" (1996) i "Gattaca - Szok przyszłości" (1997). Każdy z tych filmów wzięty osobno z powodzeniem zapewniłby mu nieśmiertelność w encyklopediach muzyki i kina. I nic dziwnego, że muzyk dumnie obnosi na klapie fraka Order Imperium Brytyjskiego podarowany mu przez monarchinię w uznaniu muzycznych podbojów.
Lecz najobfitszy deszcz sławy i nagród spadł na Nymana w 1993 roku, gdy na ekranach kin pojawił się "Fortepian" Jane Campion. Do melodramatycznego wyciskacza łez, w którym Holly Hunter przeżywa chwile uniesienia w ramionach Harveya Keitela, ułożył tak wyrafinowaną muzykę, że film niczym konfetti obsypano kilkoma Oscarami, ozłocono Złotą Palmą na festiwalu w Cannes i pomniejszymi kinematograficznymi laurami. A soundtrack spod genialnej ręki Nymana sprzedał się na całym globie w ilości bez mała dwóch milionów kopii.
Od tego czasu muzyk raczej nie musi martwić się, jak przetrwać szalejący kryzys. Komponuje kolejne płyty (jeszcze w tym roku ma się ukazać jego autorski krążek z nagraniem utworu zamówionego przez Royal Ballet w Covent Garden w Londynie specjalnie na obchody 80. urodzin Ennia Morricone) i objeżdża świat ze swoją grupą o nazwie Michael Nyman Band, koncertując - jak sam twierdzi - dla przyjemności obcowania z muzyką, jaką naprawdę lubi. I choć brzmi to zapewne nieco zarozumiale, pozwólmy mistrzowi na odrobinę megalomanii.
W Gdańsku artysta pojawi się dodatkowo w towarzystwie nadwiślańskiego Motion Trio złożonego z trzech akordeonistów-wirtuozów (Janusz Wojtarowicz, Marcin Gałazyn, Paweł Baranek) wsławionych rewelacyjnym, debiutanckim koncertem w nowojorskiej Carnegie Hall. Wielbiciele cenią także ich utwory, które w czasie swojej 13-letniej kariery nagrali podczas wspólnych koncertów m.in. z Michałem Urbaniakiem, Bobbym McFerrinem i Tomaszem Stańką.
Ale nie będzie to pierwsze sceniczne spotkanie Polaków z brytyjskim czarodziejem nut. Ostatni raz widzieli się w kwietniu w Londynie. Nasi rodacy zagrali wtedy najsłynniejsze kawałki z dorobku słynnego kompozytora. Teraz też czeka nas kuszący bukiet Nymanowskich przebojów, uzupełniony kawałkami z dorobku Motion Trio.
A tuż po wspólnym koncercie w Filharmonii Bałtyckiej artyści wybierają się do warszawskiego Studia Polskiego Radia im. Agnieszki Osieckiej, aby wspólnie zarejestrować płytę. Jej koncertowa premiera odbędzie się w październiku. I już dziś zapraszamy na nią wszystkich fanów Michaela Nymana i jego niezwykłej muzyki.
Michael Nyman Band & Motion Trio, Gdańsk, Filharmonia Bałtycka, 3.09, bilety: 20-30 zł.»
"Minimalista Michael Nyman"
Franciszek Barwiński
Motion Trio dla Krakowa
Po ich koncercie w Poczdamie z Deutsches Filmorchester Babelsberg publiczność biła brawo na stojąco przez 15 minut; gdy w styczniu 2008 w słynnej Carnegie Hall dali dwugodzinny koncert muzyki Pendereckiego, Góreckiego, Kilara oraz własnej, kończyły go dwie owacje na stojąco. W kwietniu tego roku w londyńskiej Barbican Center dali znakomity koncert z bandem kompozytora muzyki filmowej Michaela Nymana; jesienią występy te zostaną powtórzone w Polsce, a światowej sławy twórca wejdzie z krakowskim triem do studia. Jesienią 2000 roku Motion Trio zdobyło Grand Prix IV Międzynarodowego Konkursu Współczesnej Muzyki Kameralnej im. Krzysztofa Pendereckiego, przyznane wtedy przez szacowne jury wyjątkowo ex aequo. Bodaj, ujawnijmy po latach, nie bez swoistego lobbingu w tej sprawie współtwórczyni konkursu, Agnieszki Odorowicz, wiceprezes Instytutu Sztuki. Nie myliła się; następne lata dowiodły, że Motion Trio, założone cztery lata wcześniej przez Janusza Wojtarowicza, to instrumentaliści o wielkim talencie, prowadzący swą karierę świadomie i konsekwentnie. Dziś to bez wątpienia najbardziej znamienity laureat tego krakowskiego konkursu.Swą grą wywołują efekt ogromny – bez względu na to, czy to University of Chicago, prywatna posiadłość amerykańskiego multimilionera Arie Zweiga, wiedeński klub jazzowy Joe Zawinula, prestiżowa impreza, np. urodziny Andrzeja Wajdy w Fabryce Trzciny czy międzynarodowy festiwal. Oni zawsze dowodzą, że akordeon to ważny i poważny instrument, a nie jakiś tam zmarszcz, wstyd, kaloryfer czy świnia, jak bywa pogardliwie nazywany.
Nobilitacja akordeonu, wykazanie niesamowitej gamy jego brzmieniowych możliwości i zastosowania w każdej dziedzinie muzyki, a tym samym wyniesienie go na ołtarze sztuki było zamierzeniem lidera tria od początku. Z dumą i radością mówił mi 9 lat temu: - Dzięki Grand Prix w Międzynarodowym Konkursie im. Pendereckiego ten instrument dostał certyfikat jakości, udowodnił, że trio akordeonowe może być tym samym, co kwartet smyczkowy, że ten przez tyle lat pogardzany instrument wcale nie jest gorszy od fortepianu, skrzypiec, klarnetu.
Wtedy też wspomniał, że marzy mu się występ w Carnegie Hall albo – jak dodał zlękniony śmiałością pragnienia - innej prestiżowej sali. Dawał sobie na to 10 lat. Osiągnął cel po siedmiu.Dedykowali ów koncert w wypełnionej Zankel Hall - drugiej co do wielkości sali Carnegie Hall, jednego z najsłynniejszych miejsc koncertowych świata - pamięci Andrzeja Krzanowskiego, największego polskiego akordeonisty-kompozytora. - Nie ukrywam, że byliśmy stremowani, ale już po pierwszych taktach skupiliśmy się na muzyce. Po pierwszej części wiedzieliśmy, że jest dobrze. Po przerwie wyszliśmy już w naszych strojach, nie tak oficjalnych, co wzbudziło lekką sensację i zagraliśmy nasze kompozycje. Czuliśmy, że ludzie ogromnie zaakceptowali naszą muzykę; świadczą o tym dwie owacje na stojąco, co podobno rzadko się zdarza w tej sali - pierwsza od razu i druga po bisie – opowiadał lider tria po powrocie. Sprzedali wszystkie płyty, jakie zabrali, rozdali ustawionym w kolejce Amerykanom i Polonusom wiele autografów. Lecąc do Carnegie Hall bynajmniej nie odwiedzał tego kraju pierwszy raz, występował w nim z triem już wcześniej, prowadził też klasy mistrzowskie w chicagowskim uniwersytecie.
- Cała moje rodzina, dzięki dziadkowi, wyemigrowała po jego śmierci na początku lat 90. minionego wieku do USA, ja postanowiłem, że chętnie będę odwiedzał ten kraj, jak coś osiągnę w Polsce - mówił mi Janusz Wojtarowicz w 2000 roku zdobywszy Grand Prix. Teraz może dodatkowo mówić, że pokonał drogę z ulicy do Carnegie Hall. Przeżycia z grania „na streecie” oddał na płycie Motion Trio „Pictures from The Street”, dostępnej w ok. 30 krajach świata. Sam z akordeonem aż w tylu nie grał, niemniej świetnie poznał place i ulice wielu części Europy.
- Dzięki temu wiem, jak wygląda Wiedeń, nie zgubię się we Freiburgu, Zurychu, Rzymie, Strasburgu, Lyonie, Dijon, Bazylei... - wylicza. Francuscy kloszardzi za 10-20 franków za godzinę ostrzegali go, gdy pojawiał się patrol policji. W pobliżu Placu św. Marka w Wenecji jakaś stara Włoszka strasznie na niego wrzeszczała - słów nie rozumiał; pojął, jak tuż koło niego wylądowała doniczka, a już wszelkie wątpliwości rozwiał lany z góry wrzątek.
Jedną z największych przygód przeżył Wojtarowicz w Rzymie. Grał, gdy nagle zobaczył obok jakiegoś grubego, obwieszonego złotymi łańcuchami Włocha, a wraz z nim trzech facetów o jednoznacznie groźnym wyglądzie. Łamaną angielszczyzną usłyszał, że ładnie gra, ale go nie słychać. Po czym został bez pardonu wsadzony do samochodu, który udał się w nieznanym celu i kierunku. – Trwająca dość długo jazda to był horror – wspomina muzyk. - Aż wreszcie znaleźliśmy się w sklepie muzycznym, który opuściłem obdarowany świetnym sprzętem nagłaśniającym i dwoma nowoczesnymi przypinanymi do akordeonu mikrofonami, po czym zostałem odwieziony w miejsce, skąd zostałem zabrany, bo moi mecenasi chcieli posłuchać, jak ten sprzęt działa. I tak jak się nagle pojawili, zniknęli. Korzystałem z tego sprzętu wiele lat, po czym sprzedałem go za kilkaset marek.
Takich opowieści, także o graniu o głodzie i chłodzie, może snuć lider Motion Tria multum. Podobnie jak jego kolega z zespołu Marcin Gałażyn.
- Objeździłem pół Europy z akordeonem, sam i z zespołem Que Passa; graliśmy też w Krakowie na Floriańskiej. Uważam ten okres za bardzo udany, wiele dzięki temu się nauczyłem - przyznaje Marcin Gałażyn. Zapamiętał też, jak kiedyś rzucił im pieniążek „jeden z najważniejszych wykładowców”.
- Profesorowie, wykładowcy powinni sprzyjać młodym, którzy grają na ulicy. Nie tylko dlatego, że to im daje zarobek. To jest dla nich pierwszy sposób na zaistnienie; do sal koncertowych jeszcze nie mają dostępu, a ulica daje im kontakt ze słuchaczem, pozwala obserwować jego reakcję, nawiązywać z nim kontakt. To są godziny spędzone z instrumentem... – przekonuje Gałażyn, bo dobrze pamięta, że granie to nie wszystkim się podobało na uczelni.
Ostatni raz grali tak w 2003 roku - nad Jeziorem Bodeńskim, by zarobić m.in. na ekspres z Krakowa do Warszawy, gdzie mieli wystąpić z Bobbym McFerrinem.
Wszyscy trzej studiowali w krakowskiej Akademii Muzycznej.
Marcin Gałażyn (koledzy z powodu koloru obfitej koafiury mówią o nim „Rudy”), 34 lata, na akordeonie gra od dziewiętnastu. Pochodzi z Mazur, z Augustowa, średnią szkołę ukończył w Białymstoku, potem wybrał studia w Krakowie.
Paweł Baranek, 31 lat, akordeon wziął do rąk w rodzimym Kozłowie, 20 km od Miechowa, jako 10-latek. Wiele zawdzięcza nauczycielowi Wiesławowi Kusiorowi, który uczył go od IV klasy w Miechowie, a potem, widząc talent chłopaka, zabrał go ze sobą do tarnowskiego Liceum Muzycznego. Studia skończył z wyróżnieniem, zbierał nagrody w wielu konkursach.
Lider - Janusz Wojtarowicz. Na akordeonie gra 31 lat. Zaczął mając siedem, dzięki ojcu, Eugeniuszowi Wojtarowiczowi, kierownikowi rabczańskiej filii Szkoły Muzycznej I stopnia w Nowym Targu. - To był mój jedyny pedagog, który nauczył mnie grać, później głównie uczyłem się sam – wyzna po latach.
Z bardzo dobrym wynikiem ukończył Liceum Muzyczne w Krakowie. Dostał się na studia. Wtedy jeszcze Akademia Muzyczna mieściła się w jednym budynku z PWST, co ułatwiało kontakty. Napisał muzykę do „Snu srebrnego Salomei”, który jako spektakl dyplomowy przygotował Jerzy Jarocki, później asystował Stanisławowi Radwanowi, gdy ten tworzył muzykę do tegoż spektaklu już w Starym Teatrze. Na III roku wziął urlop dziekański i pojechał grać „na streecie”. Potem zaliczył IV rok, ale cały czas robił coś jeszcze. Związał się z Grupą Rafała Kmity, napisał znakomitą muzykę do granego do dzisiaj, nagradzanego spektaklu „Wszyscyśmy z jednego szynela”, także do zrealizowanego w łódzkim Teatrze Jaracza przez Eligiusza Brzyka „Króla Edypa”.Jak wielu zbyt utalentowanych robił cały czas coś jeszcze, m.in. przez rok prywatnie brał lekcje u Andrzeja Białki, by nauczyć się grać barok. - To jest mistrz, a ja zawsze byłem złakniony mistrzów, geniuszy. Był na V roku, gdy w rygorystycznych ramach uczelni zabrakło nie było miejsca, a przede wszystkim zrozumienia.
Wojtarowicz precyzyjnie wiedział, czego chce. Założył Motion Trio. Przewinęło się przez nie kilku muzyków; zostali Baranek, który przyszedł w 1998 roku i Gałażyn, który doszedł rok później.
Gra im się świetnie, każdy ma inną technikę, inną artykulację, a i charakter. I może dlatego osiągają tak znakomity efekt. A pewnie i za sprawą łączącej ich przyjaźni. Także z towarzyszącym triu akustykiem Michałem Rosickim.Grand Prix sprawiło, że organizujący ów konkurs Instytut Sztuki postarał się, poprzez resort kultury, o nowe instrumenty, dzięki czemu od 2004 roku trio gra na akordeonach firmy Pigini, czołowego producenta w świecie.Teraz już mogli bez lęku o instrument stawać u boku wielkich artystów jak Bobby McFerrin, z którym spotkali się ponownie na festiwalu jazzowym w Montrealu i znów słynny wokalista improwizował do kompozycji Wojtarowicza, czy wirtuoz tabli i instrumentów perkusyjnych Trilok Gurtu, z którym zagrali w Krakowie, w pierwszej części koncertu zespołu Syndicate Joe Zawinula.
– Traktuję Zawinula, choć razem nigdy nie graliśmy, jako patrona duchowego. Wielokrotne rozmowy z nim - o naszej muzyce i muzyce w ogóle, o pokorze w podejściu do niej dały mi niezwykle dużo. Nie bez znaczenia było i to, że pozwolił nam we wrześniu 2004 przez pięć wieczorów grać w swym wiedeńskim klubie Birdland – podkreśla Wojtarowicz.
Te pięć wieczorów, podczas jednego z nich grali z Tomaszem Stańko („Po jednej naprawdę krótkiej próbie jestem nimi zafascynowany"), zawdzięczają także Zofii Beklen, szefującej w Wiedniu organizacji Wiener-Krakauer Kultur-Gesellschaft. I to był punkt zwrotny w karierze tria. Otrzymało zaproszenia z wielu prestiżowych miejsc na świecie, co sprawiło, że w ciągu półtora roku dali 106 koncertów w 22 krajach, goszcząc na 17 festiwalach, m.in. na wspomnianym Festival International de Jazz de Montreal, na Urkurt Festival w Szwecji, gdzie dominowała world music, na Lowlands Festival in Biddinghuizen w Holandii, gdzie zaprasza się wykonawców z kręgu rocka, techno, punku i metalu, ale takich jak: Apocalyptica, The Prodigy, Nick Cave, Korn, Marilyn Manson, Morcheeba czy na Tajwanie... Wystąpili też jako reprezentanci Krakowa na EXPO w Japonii. Łącznie – 32 krajach.
To był czas, kiedy prezentowali się chętnie na festiwalach jazzowych, rockowych czy muzyki współczesnej, jak na Parkmusic w Niemczech, gdzie rozbrzmiewa muzyka Karlheinza Stockhausena i Janisa Ksenakisa. Wtedy Wojtarowicz deklarował, że w podobnym stopniu pasjonuje ich heavy metal, co jazz i muzyka współczesna i że nie chcą dać się zaszufladkować w kręgu tak modnego world music. Ostatnio wręcz nie chcą, by kojarzono ich z tym nurtem, coraz staranniej dobierają zaproszenia; chcą być odrębni. Wojtarowicz lubi przywoływać postać McFerrina – którego nijak zakwalifikować; on jest po prostu mistrzem śpiewania, tak jazzu jak i klasyki, np. z mistrzem wiolonczeli Yo Yo Mą... Podobnie Motion Trio; z jednej strony wykonuje utwory własne, głównie lidera - też bardzo odmienne, bo to i „Sounds of war”, inspirowany wojną w Czeczenii, i zaaranżowane w wersji techno „You dance”, i nostalgiczne „Litte story”, z drugiej - sięga po kompozycje Krzysztofa Pendereckiego, Henryka Mikołaja Góreckiego czy Wojciecha Kilara, którego „Orawą” wywołuje niezmienny aplauz.
Wojtarowicza, Gałażyna i Baranka bardzo cieszy wchodzenie w tak rozmaite, operujące odmiennymi językami środowiska muzyczne, bo jak tłumaczą, lepiej znać cztery języki, niż jeden. Stosownie do tak odmiennych stylistyk dobierają i stroje - to fraki (acz nie całkiem klasyczne), to nowoczesne garnitury, to szaty godne rockmanów. Bo oni chcą pojawiać się z akordeonami w salach koncertowych także po to, by je odświeżać, by przyciągać do nich młodych. I udaje się to triu znakomicie. W czasie koncertu wywołują okrzyki entuzjazmu i radości, niczym gwiazdy rocka.
Janusz Wojtarowicz ma świadomość, że ich sukcesy rodzi fakt, że grając akustycznie na trzech akordeonach, proponują coś nowego – a to własne kompozycje, a to transkrypcje dzieł pisanych na jakże odmienne instrumenty, bo jakiż sens grać na akordeonie Bacha.
„Trio polskich akordeonistów drwi z wszelkich przyzwyczajeń i tradycyjnego sposobu gry na akordeonie, przenosi instrument w przyszłość bez jakichkolwiek efektów elektronicznych" – napisał krytyk „Le Monde”.
Ważne dla zespołu było spotkanie z Krzesimirem Dębskim. To on przygotował aranże kompozycji członków tria wykonywanych z Deutsches Filmorchester Babelsberg. - Już podczas prób reakcje członków orkiestry, a grali wcześniej z Jose Carrerasem, Andreą Bocellim, Buena Vista Social Club czy zespołem Metallica, dowodziły, że jest dobrze – wspomina Wojtarowicz.
We wrześniu 2007 przedstawili ten program z brazylijską Rio de Janeiro Orquestra do Teatro Municipal, także na słynnej plaży Copacabana.
W ramach tego projektu, zwanego Motion Symhony, trio grało wspólnie z takimi zespołami, jak m.in. WDR Rundfunkorchester Köln, Sinfonietta Riga, Sinfonietta Cracovia, Orkiestra Kameralną AUKSO, Orkiestra Filharmonii Łódzkiej czy Hanseatica Chamber Orchestra.
Ostatnim znaczącym krokiem w karierze tria i promocji akordeonu, co Wojtarowicz stale akcentuje, był tegoroczny występ Motion Tria wspólnie z Michael Nyman Band w londyńskiej Barbican Center. Znakomicie przyjęty przez publiczność, jak i światowej sławy kompozytora koncert, zaowocował czterokrotnym powtórzeniem go w Polsce – zagrają jesienią w Gdańsku, Warszawie, Poznaniu i Łodzi, a także płytą - już z samym tylko Nymanem jako pianistą. Pojawi się na niej głównie jego muzyka do filmów Petera Greenawaya, otworzy ją natomiast grany przez kompozytora temat z filmu Piano”, a zakończy kompozycja Wojtarowicza „Proms” z ostatniej płyty tria „Metropolis”.Bo oczywiście poza koncertami wizytówkami tria są płyty - w tym „Pictures From The Street”, nagradzana w Niemczech i Polsce oraz „Play-Station”, której ukazanie jej odnotował wraz ze zdjęciem zespołu „New York Times”. Obie wydane pod szyldem niemieckiej Asphalt Tango i brytyjskiej Harmonia Mundi dostępne są w około 30 krajach. „Metropolis” firmuje już Akordeonus Records, czyli firma, którą kieruje żona lidera, Anna. Łączy ów album, będący muzyczną wędrówką po wielu miastach świata, wpływy baroku, muzyki Szostakowicza i Strawińskiego, ale i elementy transowej muzyki klubowej. Teraz dojdzie płyta z Nymanem, którą słynny kompozytor włącza do katalogu własnej wytwórni.
- Nagranie tej płyty to ogromna satysfakcja dla nas. Nie dość, że zostanie ona wydana w wytwórni Nymana, to jeszcze pojawi się na niej moja kompozycja - powiedział mówi Janusz Wojtarowicz.
W bliskich planach mają też nagranie płyty z 25-osobową młodzieżową orkiestrą akordeonistów z Koszalina, z którą wystąpili, wywołując aplauz, we francuskim Lille, oraz płytę autorską na zbliżające się 15-lecie tria. Ale też nie można wykluczyć, że gdzieś „po drodze” spotkają jakiegoś sławnego twórcę, który zauroczony muzyką i poziomem gry krakowskich wirtuozów zaproponuje im wspólny projekt.
A że jest w grze Motion Tria wielka siła i magia pokazało ono już nie jeden raz. I pokaże.
13.08.2009 - Wacław Krupiński
"Naprawdę Inne Brzmienia"
Motion Trio, bazylika oo. Dominikanów, Lublin, 10.07.09
Gdyby z jakichś powodów tegoroczna edycja festiwalu Inne Brzmienia musiała zakończyć się po pierwszym koncercie i tak byłaby super.
Po piątkowym wieczorze spędzonym w kościele dominikanów mogę powiedzieć to samo, co stwierdził Michael Nyman po usłyszeniu tej grupy: "Czekałem na Motion Trio 25 lat”.
Pewnie nasunęłaby mi się podobna refleksja już rok temu, kiedy krakowski zespół występował na Innych Brzmieniach. Jednak wtedy przegapiłem jego koncert. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Wówczas musiałbym zakomunikować: "Czekałem na Motion Trio 24 lata”. Więc zdanie nie brzmiałoby tak ładnie.
Ćwierć wieku temu zetknąłem się po raz pierwszy z twórczością Laurie Anderson. Jej album "Mister Heartbreak” był dla mnie wielkim odkryciem. Niesamowite kompozycje, zaskakujące brzmienia, tajemniczy klimat i piękne melodie. W sumie awangarda z sex appealem.
Coś równie olśniewającego zabrzmiało na otwarcie drugiego wydania Innych Brzmień. Trzech facetów zagrało na akordeonach jakby to były samplery najwyższej generacji w obudowie akordeonowej.
Wciskali te swoje klawisze i guziki, rozciągali i ściskali miechy, a przestrzeń kościoła wypełniała się cudownie pięknymi i często zaskakującymi dźwiękami, których nigdy nie spodziewałbym się usłyszeć z tego instrumentu.
"Penderecki na Akordeon"
Motion Trio wystąpi na dziedzińcu CK Zamek 22 lipca o godz. 21.30
Wszystko zaczęło się w 1996 r. Wywodzący się z krakowskiej Akademii Muzycznej Janusz Wojtarowicz postanowił założyć zespół. Do współpracy zaprosił dwójkę innych, znakomicie wykształconych kolegów z uczelni - Pawła Baranka i Marcina Gałażyna. Każdy z muzyków wniósł do zespołu swoje pozaklasyczne inspiracje, m.in. jazzowe, flamenco czy muzyką latino. W ciągu 13-letniej kariery artyści wykształcili swój własny, nieprzeciętny styl. Styl, który wymyka się konkretnej klasyfikacji. Dzisiaj muzycy mają na swoim koncie wiele nagród i mówią o sobie, że "w podobnym stopniu pasjonuje nas heavy metal, co jazz i muzyka współczesna". Różnorodność ich zainteresowań potwierdza fakt, że grupa współpracowała z artystami, których, jak się wydaje, nic stylistycznie nie łączy, m.in. z Wojciechem Kilarem, Krzesimirem Dębskim, Bobbym McFerrinem czy Michaelem Nymanem - autorem muzyki do filmu "Fortepian". A jednak z każdym z twórców zespół bez problemu znalazł wspólny język. Artyści przypadli do gustu także prasie muzycznej na całym świecie. Zagraniczne gazety chwaliły ich kreatywność i brzmienie. Francuski "Le Monde" napisał: "Trio polskich akordeonistów drwi z wszelkich przyzwyczajeń i tradycyjnego sposobu gry na akordeonie, przenosząc instrument w przyszłość". Z kolei na międzynarodowej stronie internetowej "All About Jazz" można było przeczytać: "Nigdy nie słyszeliście takiej gry na akordeonie". Jaka jest ta gra? Niedająca się zaszufladkować. Bo muzycy nie szukają tradycyjnego brzmienia, tylko wydobywają z instrumentów dźwięki, których nikt dotychczas nie słyszał. - Gramy na akordeonach akustycznych - mówi Wojtarowicz. - Przerabiamy instrument i jego oblicza. Dzisiaj akordeon ewoluuje - jego brzmienie jest coraz częściej wykorzystywane w muzyce rockowej czy muzyce poważnej. Wypadkową tych dokonań jest działalność Motion Trio - wyjaśnia. Narzędziem pracy muzyków stała się nieograniczona wyobraźnia. To ona podsuwa nowatorskie pomysły - dzięki niej zespół potrafi brzmieć jak orkiestra, a oprócz tego "cytować dźwięki swojego pokolenia od techno do gameboy" - jak napisała frankfurcka "Allgemeine Zeitung". - Nie ma dużo literatury na akordeon - tłumaczy Wojtarowicz. - Dlatego wykorzystujemy różnorodne utwory, które naszym zdaniem "brzmią". Bazujemy na swoich produkcjach i uzupełniamy je o nowe dokonania - dodaje. Ale kiedy trzeba, muzycy potrafią wrócić do korzeni klasycznych. Podczas zeszłorocznego debiutu w nowojorskiej Carnegie Hall trio zaprezentowało m.in. kompozycje Pendereckiego, Wojciecha Kilara, Henryka Mikołaja Góreckiego czy Pawła Szymańskiego. Natomiast dzisiaj w Poznaniu artyści zaprezentują repertuar złożony głównie z własnych kompozycji, choć nie zabraknie też utworów Michaela Nymana. Czego można się spodziewać? - Jak zwykle będzie to koncert dla ludzi myślących. Ci, którzy nas znają, rozumieją, co gramy i w jakim kierunku estetycznym idziemy - wyjaśnia lider zespołu. A po chwili dodaje - Bardzo nam miło, że wystąpimy w Zamku. Z tego, co wiemy, na dziedzińcu odbywają się naprawdę fajne koncerty. Do tej pory byliśmy w Poznaniu chyba tylko raz. Rzadko tu gramy i muszę przyznać, że w kontekście naszej 13-letniej kariery to jakieś dziwactwo.
Brytyjski kompozytor czekał na krakowskich muzyków
10.04.09
- Wystąpiliśmy na zakończenie Kinoteka Film Festiwal, przygotowanego m.in. przez Polski Instytut Kultury. W pierwszej części zagraliśmy muzykę filmową Michaela Nymana do obrazów Petera Greenawaya, takich jak "Kontrakt rysownika", "Wyliczanka" czy "Księgi Pros-pera". Jako aranżer tych utworów starałem się połączyć moje akordeonowe myślenie i muzykę tego twórcy, którą graliśmy głównie sami... W części drugiej doszło do światowej premiery najnowszej kompozycji Nymana, zainspirowanej polską kinematografią. Nyman z polskich filmów - m.in. Andrzeja Wajdy ("Kanał", "Popiół i diament", "Pokolenie"), Andrzeja Munka ("Pasażerka"), Krzysztofa Kieślowskiego ("Amator", "Przypadek"), Andrzeja Żuławskiego ("Trzecia część nocy"), Jerzego Skolimowskiego ("Rysopis"), Krzysztofa Zanussiego ("Iluminacja") - wybrał fragmenty, które złożyły się w obraz zwany "Początek". I stworzył doń piękną suitę, która wieńczyła wspomniany festiwal - powiedział nam Janusz Wojtarowicz, lider tria. Jak dodał, zagrali też wspólnie z kompozytorem (przy fortepianie) i jego bandem nową wersję kompozycji Nymana "MGV", przygotowaną właśnie z myślą o Motion Trio. - Nyman, już po koncercie, powiedział, że dopiero to wykonanie, z udziałem naszych akordeonów, sprawiło, że ten utwór zabrzmiał w całej pełni. Zresztą komplementował nas wiele razy mówiąc, że czekał na Motion Trio 25 lat. Wpisał mi też fantastyczną dedykację na partyturze: "Dla mojego nowego muzycznego odkrycia, czyli Motion Trio". Jak zobaczyłem opublikowane przez światowe wydawnictwo Chester partie akordeonu nie tylko z opisem, że to wersja na Michael Nyman Band i Motion Trio, ale i zastrzeżeniem, że bez Motion Trio tego utworu nie wolno wykonywać, zrozumiałem, że w trzynastym roku naszej pracy wykonaliśmy następny ważny krok w promocji akordeonu. Nyman to naprawdę wielki twórca, tylko jego muzyka do filmu "Piano" sprzedała się na 3,5 miliona płyt.
Efektem londyńskiego koncertu jest oficjalne zaproszenie krakowskiego tria do współpracy z Michael Nyman Band. W przyszłym tygodniu będą ustalane szczegóły dotyczące trasy koncertowej i nagrania płyty.
- Wiele sobie po tej współpracy obiecuję, bo faktycznie czuliśmy, że Michael Nyman naprawdę odkrył w nas nową dla siebie inspirację - dodał Janusz Wojtarowicz.
Wacław Krupiński
Z instrumentem na streecie. Krótsze lub dłuższe okresy grania na ulicy ma w swych biografiach wielu bardzo znanych muzyków
Lider Motion Trio Janusz Wojtarowicz przyznaje, że mógłby napisać poradnik streetowca. Grał na ulicach Polski i Europy z sześć lat, a potem jeszcze ze trzy z Motion Trio. Do dziś widząc grającego na ulicy myśli: "O, tu chłopie nie zarobisz...". - Dla grającego na ulicy dobre miejsce to, jak w handlu - połowa sukcesu. Druga to towar - czyli muzyka. I bardzo ważny jest wygląd. Zawsze grałem w czyściusieńkiej, białej koszuli w nutki i dbałem o to, by mieć czyste pudełko, zadbany akordeon. To wszystko miało świadczyć, że nie występuję jako żebrak, ale uliczny artysta.
Na rolę miejsca i stroju zwraca także uwagę inny akordeonista tej formacji - Marcin Gałażyn. Przez wiele lat grał na streecie z kolegami, z którymi stworzył istniejącą do dziś, acz już bez niego, grupę Que Passa. - Wychodziliśmy na ulicę zawsze starannie ubrani, to budziło zaufanie i dawało szanse na tzw. strzały, czyli zaproszenie do czyjejś rezydencji, gdzie graliśmy dla gości. I zawsze dbaliśmy o repertuar. Musiał być efektowny i świetnie grany: covery muzyki latynoamerykańskiej, Chick Corea, Paco de Lucia...
Zaczął grać na ulicach jeszcze jako uczeń liceum muzycznego w Białymstoku, ale wyszedł na nie studiując w Krakowie; uznał, że to lepsze niż praca w smażalni hamburgerów. Także z powodów finansowych.
Przekonał się o tym przed laty także Stefan Błaszczyński, wyborny flecista. Pojechali z żoną, też flecistką, do Grecji zbierać orzeszki. Któregoś dnia w knajpce, w której zapłacili niemało za jakieś sałatki, usłyszał grajka rzępolącego na skrzypcach, a ludzie mimo to rzucali mu drachm wcale nie mało. Następnego dnia sam siadł na ulicy z fletem; zarobił tyle, ile za cały dzień przy orzeszkach. Nie było sensu do nich wracać. Przez lata objechał Szwajcarię, Niemcy, Austrię... Ulice. Place.
Miejsce jest bardzo ważne. Gałażyn mówi o czterech miejscach w Polsce, gdzie zawsze się opłacało grać: Zakopane, Kazimierz nad Wisłą, ale tylko w week- endy, Sopot i Gdańsk. Tam grywali regularnie.
Wojtarowicz, który po Europie jeździł sam, bardzo lubił dworzec w Lyonie, skąd jednak przeganiała służba kolejowa. - Ale za dobre pieniądze się tam zarabiało, żeby rezygnować. Wszedłem w kontakt z jakimiś żulami z Polski; jeden z nich za 10 franków na godzinę ostrzegał mnie, gdy nadchodziła służba.
Kłopot jest też z władzami miasta, od których trzeba mieć pozwolenie, zwłaszcza gdy się używa nagłośnienia. - W Zakopanem przyszliśmy z kolegami z Que Passa do Urzędu Miasta, prezydenta nie było, sekretarki powiedziały, że musimy złożyć stosowne podanie... A my, ku ich oburzeniu, napisaliśmy niemal prywatny list, że jesteśmy świetnym zespołem, że studiujemy na akademii, dołączyliśmy płytę i w tym momencie wszedł prezydent... Spodobaliśmy mu się, dał zgodę i od tego czasu mieliśmy spokój, Straż Miejska już też nas znała... - wspomina Gałażyn.
Grali też oczywiście w Krakowie, na rogu Floriańskiej i Rynku. - Na początku chcieli nas stamtąd przegonić Cyganie, ale szybko się między nami poukładało. Jeden z nich muzykę gipsy grał genialnie, marzyłem, aby kiedyś nagrać z nim płytę.
Bo na ulicy też jest konkurencja. Marcin pamięta, jak w 1996 roku pojechał z kolegą skrzypkiem grać w paryskim metrze. - Wchodziło się do wagonu; "bonjour" i grało się przejeżdżając trzy-cztery stacje, po czym zbierało się pieniążki i zmieniało wagon. Któregoś dnia grałem już sam, patrzę, a w sąsiednim wagonie gra Jarek Bester. Ale potem przyjechały tabuny muzyków ze Wschodu i popsuł się rynek.
Generalnie streetowcy przyznają, że muzyk na ulicy jest poważany. Choć są i wyjątki.
Wojtarowicz wspomina, jak w Wenecji w pobliżu placu św. Marka, stara Włoszka strasznie wrzeszczała, czego nie rozumiał. Pojął język włoski, jak tuż koło niego wylądowała doniczka. Ostatnie wątpliwości rozwiał lany z góry wrzątek.
- Męczące potrafią być też dzieci. Podchodzi taki malec, łapie cię za nos, a ty musisz się uśmiechać, robiąc za ulicznego klauna. W Lyonie dziecko ciągnęło mnie za ucho - wytrzymałem, łapało za akordeon - też. Ale jak wzięło skrzyneczkę z pieniędzmi i wysypało mi je na łeb, co wywołało ogromne brawa, zdjąłem instrument, wziąłem dziecko na ręce, zaniosłem matce i szybko się oddaliłem, wcześniej zebrawszy pieniądze.
Jedną z największych przygód przeżył Wojtarowicz w Rzymie. Grał, gdy nagle zobaczył obok jakiegoś grubego, obwieszonego złotymi łańcuchami Włocha, a wraz z nim trzech facetów o jednoznacznie groźnym wyglądzie. I nagle ktoś mówiący po angielsku, wskazując na tego Włocha, rzekł: "On mówi, że ładnie grasz, tylko cię w ogóle nie słychać". - I nagle ci faceci wzięli mnie pod ręce i wsadzili do samochodu. Jechaliśmy dość długo, gruby coś gadał, czego nie rozumiałem. Horror. Po czym wprowadzili mnie do sklepu ze sprzętem muzycznym; rozłożyli przede mną piecyki gitarowe i mikrofony dając mi do zrozumienia, że mam sobie wybrać. Opuściłem sklep mając świetny sprzęt nagłaśniający i dwa nowoczesne przypinane do akordeonu mikrofony, po czym zostałem odwieziony w miejsce, skąd mnie zabrali, bo moi mecenasi chcieli posłuchać, jak ten sprzęt działa. Nie spotkałem ich nigdy więcej.
Już mając sprzęt, grał we Freiburgu pod kościołem Toccatę i fugę d-moll Bacha; siedząc na małym krzesełku, co sprawia, że widzi się ludzi do wysokości kolan, zorientował się, że słuchający gwałtownie odchodzą. To, co ujrzał, wyjaśniało wszystko - miał przed sobą same glany! - Bałem się podnieść głowę, niemniej dostrzegłem, że idzie do mnie olbrzymi skin. Skuliłem głowę, a miałem wtedy jeszcze kręcone włosy, gdy poczułem, jak mnie łapie... Wreszcie usłyszałem "gut" i zobaczyłem 20 marek...
Kiedyś z kolei w metrze dostrzegł ze swego stołeczka, że ma "wspólnika". - Jakiś kloszard chodził wśród ludzi i zbierał moje pieniądze...
Granie na streecie dostarcza niesamowitych przeżyć, ale także doświadczeń. - Słucha cię nieraz kilkaset osób. To budujące potwierdzenie twego talentu; nikt cię nie zna, siedzisz anonimowy na ulicy i broni cię jedynie głos twego instrumentu... A ludzie stoją lub siedzą na bruku i słuchają przez pół godziny... Niesamowicie przyjemne wrażenia - wyznaje Stefan Błaszczyński.
Marcin Gałażyn wspomina, jak kiedyś w Krakowie, w pochmurny dzień, słuchał ich z wyraźnym uśmiechem na twarzy jakiś mężczyzna, po czym chwaląc, jak wspaniale grają zaoferował im hiszpańską gitarę, którą ma w domu. I dał. Potem przez parę lat był menedżerem Que Passa. Na Floriańskiej usłyszał ich też w 1997 roku menedżer Fisha i zaprosił do studia koncertowego TV Kraków jako support.
Oczywiście, ulica daje także pieniądze. Ile? Wojtarowicz nie kryje, że bywało, iż po dwóch miesiącach pracowitych wakacji miał potem z czego żyć aż do następnych. Gałażyn ocenia, że po 3 miesiącach w Niemczech, Szwajcarii czy Francji zarabiał tyle, że starczało na pół roku... Niemcy są najbardziej hojni w soboty przed południem, kiedy robią zakupy, Francuzi z kolei przy okazji ludowych jarmarków.
Bardzo ważne jest też posiadanie płyty, sam kapelusz to za mało. Jak jest dobry dzień, to się sprzeda nawet 50 sztuk.
I ważna jest pogoda; ileż razy z utęsknieniem czekał Gałażyn z kolegami aż przestanie lać, zwłaszcza gdy był to początek podróży i nie mieli ani na jedzenie, ani na benzynę, na nic. Dojechali do Strasburga, leje cały czas, suchy prowiant się kończy, samochód jako noclegowania daje się we znaki... Wreszcie wypogodziło się, stanęli pod katedrą, zarobili mnóstwo kasy.
Był ciepły grudzień, pojechali zarobić na święta do Berlina. A tam minus 8. - Cóż, butelka rumu i do roboty. Zarobiliśmy niewiele więcej niż na bilety powrotne, a mnie pękło w akordeonie 17 stroików, co przekłada się na 17 dźwięków, których nie ma. Trzy dni później grałem Bacha na akademii, zdenerwowanemu profesorowi nie miałem odwagi powiedzieć, do jakich celów używałem instrumentu.
Bo wtedy wziął ze sobą instrument lepszy - w pełni profesjonalny, do ćwiczeń na akademii i na ważniejsze grania uliczne. Była jeszcze czeska delicja, wyłącznie na ulicę. Grała nawet po trzech dniach leżenia na dnie jeziora oraz dwóch dniach suszenia na słońcu. Instrument wysokiej klasy by tego nie zniósł ma pewno.
Granie na streecie to zarazem znakomite muzyczne warsztaty i bardzo rozwijające doświadczenia.
- Profesorowie, wykładowcy powinni sprzyjać młodym, którzy grają na ulicy. Nie tylko dlatego, że to im daje zarobek. To jest dla nich pierwszy sposób na zaistnienie; do sal koncertowych jeszcze nie mają dostępu, a ulica daje im kontakt ze słuchaczem, pozwala obserwować jego reakcje, nawiązywać z nim kontakt. To są godziny grania spędzone z instrumentem... - mówi Gałażyn, który pamięta, że granie takie nie wszystkim się podobało na uczelni. - Choć kiedyś jeden z najważniejszych wykładowców rzucił nam pieniążek na Floriańskiej.
Krótsze lub dłuższe okresy grania na ulicy ma w swych biografiach wielu dziś bardzo uznanych muzyków. Wojtarowicz się śmieje, że pokonał drogę z ulicy do Carnegie Hall. Muzykę na płytę Motion Trio "Pictures from the street", obecną w wielu krajach świata, napisał właśnie po przeżyciach na streecie...
Co trzeba mieć, by odnieść na ulicy sukces? - Wirtuozeria to nie wszystko. Konieczne jest wyzwolenie w sobie swobody, brak skrępowania, bo ulica wymaga swoistego show. My mieliśmy opracowany schemat mniej więcej półgodzinnych setów, dwa utwory na początek, trzeci miał zebrać jeszcze więcej ludzi, czwarty podbić mocno nastrój, po czym następował jakiś hit, po którym już grał tylko duet, a jeden z nas witał publikę mówiąc, że za chwilę będą czary, które sprawią, że połowa z tu obecnych zniknie. I wtedy zaczynał zbierać pieniądze, a ludziom już było trochę głupio tak odchodzić - mówi Gałażyn. - A potem jeszcze była chwila na zakup, produkowanych własnymi siłami płyt, które nie zawsze się odtwarzały i robiliśmy przerwę. A potem wszystko od nowa.
Oczywiście, dawni streetowcy nie kryją, że granie na ulicy przypisane jest młodości. Jednak Wojtarowicz twierdzi, że dusza streetowca została w nim do dziś i gdy widzi grających, wspomnienia wracają.
Gałażyn rok temu odwiedził z żoną Sopot, spotkał tych samych Cyganów z Bułgarii, co przed laty. - Zagrałem z nimi trzy numery, wzięliśmy kasę i poszliśmy na obiad powspominać dawne dzieje.
WACŁAW KRUPIŃSKI
Brytyjczycy zakochali się w polskim kinie
Koncertem znanego brytyjskiego kompozytora Michaela Nymana oraz polskich akordeonistów z Motion Trio zakończyła się wczoraj "Kinoteka" - największy festiwal filmu polskiego na Wyspach. "Kinoteka", która w tym roku także reklamowała się hasłem z oryginalnego spotu reklamowego braci Quay: "Nie ma w słowach i ", osiągnęła już na Wyspach status największej prezentacji dorobku filmowców z Polski. O sukcesie polskiego festiwalu donosiły gazety "Guardian", "Times Out" czy najbardziej prestiżowe brytyjskie magazyny filmowe. Przychylnie o polskim kinie opowiadał też w swoim programie Jonathan Ross, jeden z kultowych komików i krytyków filmowych. Filmy Wajdy pokażą na gejowskim festiwalu
"Po kilku latach istnienia jako niszowe wydarzenie artystyczne "Kinoteka" stała się rozpoznawalną marką. Pokazujemy to, co się dzieje w polskim kinie, ale nie uciekamy też od podsumowań i retrospektywy" - mówi dyrektor festiwalu, Marlena Łukasiak z londyńskiego Instytutu Kultury Polskiej, twórcy "Kinoteki".
Nasze rodzime kino staje się też popularne wśród Brytyjczyków - to oni coraz częściej wykupują bilety na polskie seanse. A było co oglądać - dramat Małgorzaty Szumowskiej "33 sceny z życia" czy brytyjska premiera "Czterech nocy z Anną" Jerzego Skolimowskiego, który na Wyspach ma status zasłużonego weterana polskiego kina. Na dyskusję o polskiej "Nowej Fali" do Londynu przyjechał też Andrzej Żuławski. Nie zabrakło oczywiście najnowszych hitów kinowych, m.in. filmu "Idealny chłopak dla mojej dziewczyny". Prawica nawołuje do bojkotu filmu o "Che"
Jednak najdłuższej oczekiwanym wydarzeniem polskiego festiwalu stał się wczorajszy koncert Michaela Nymana, jednego z bardziej szanowanych brytyjskich kompozytorów współczesnych, który w ogromnej hali Barbicanu zagrał razem z polskim zespołem akordeonowym Motion Trio.
Nyman, który niedawno przyznał się do swoich polskich korzeni - obydwoje jego dziadkowie pochodzili z Polski - napisał na tę okazję utwór "Początek", muzyczną kompozycję zainspirowaną polską kinematografią, m.in. filmami Andrzeja Wajdy, Krzysztofa Kieślowskiego, Andrzeja Munka czy Doroty Kędzierzawskiej. Majdanek "zagrał" w oscarowym hicie "Przyznaję się, że w ciągu ostatnich kilku miesięcy obejrzałem więcej polskich filmów niż w całym moim życiu" - mówił artysta, któremu tak spodobała się współpraca z akordeonistami z Motion Trio, że już zapowiedział wspólną trasę koncertową.
"Ja i mój zespół jesteśmy pod wrażeniem siły muzyki, jaką grają. Ich dźwięki to ten element, którego brakowało w naszej pracy. Współpraca z Motion Trio i londyńskim Instytutem Kultury Polskiej to jeden z bardziej ekscytujących projektów, w jakich brałem udział" - podkreśla Brytyjczyk.
Aleksandra Kaniewska
"FRANKFURTER ALLGEMAINE ZEITUNG"
"Nigdy dotąd nie słyszane tony"
"Eksperymenty Motion Trio z akordeonem w „Brotfabrik”"
„Tradycjonalistom akordeonu wyczerpują się pomysły. Naszym celem jest wydobycie z tego instrumentu nigdy dotąd nie słyszanych tonów”, mówi Janusz Wojtarowicz, kreatywny lider Motion Trio. Urodzonemu w roku 1971 kompozytorowi i wirtuozowi nie brak pewności siebie: „Inne instrumenty są wyeksploatowane, akordeon dopiero teraz jest odkrywany i dopiero teraz eksperymentuje się w grze na nim.” Za mocnymi słowami idą czyny, co ukazują już pierwsze takty klasycznie wykształconego triumwiratu z Krakowa. Pozornie od dawna rozszyfrowane „fortepiany marynarzy” przemawiają tutaj zupełnie nowym językiem, stosują malarstwo dźwiękowe, słychać w nich nawet brzmienie całkowicie odmiennych instrumentów. Dla wydobycia tej wszechstronności akordeonu suwerenni muzycy zamiast trików komputerowych wykorzystują jedynie swoją biegłość manualną i niemal nieograniczoną pomysłowość.
Wyrazista wola kształtowania, skrywana przyjemność przywoływania cytatów i frapująca pewność stylu określają repertuar tria. W spokojnej części koncertu prezentowanego w wielkiej sali „Brotfabrik” - wyprzedanej do ostatniego miejsca – muzycy dzięki niuansom subtelnie zagęszczają napięcie i równocześnie oddają hołd tworzącej własną strukturę sile muzyki Jana Sebastiana Bacha. Później robi się coraz rytmiczniej i energiczniej, oprócz nieuniknionego hommage dla tango nuevo pobrzmiewa klasyczny modernizm, Daleki Wschód, a także Kimmo Pohjonen, fiński rewolucjonista akordeonu. Skoczne unisona rozpadają się na indywidualne głosy: w niekończącym zapętleniu się tkwi stoicka fraza, ponad subtelnie wysmakowanymi harmoniami drugiego akordeonu unosi się solo trzeciego, który niepostrzeżenie zamienia się wkrótce rolami z pierwszym.
Co nieco „polskiej duszy” prześwituje w tragikomicznych momentach - ale nigdy melodramatycznych - skojarzenia folklorystyczne są natomiast tak rzadkie jak takty polki. Podobnie jak inne rzekomo znane motywy rozbłyskują one gdzieniegdzie zwodniczo, aby zaraz rozpłynąć się w morzu długo pozostających w bezruchu nut i przypominającym staccato falowaniu. Nawarstwienia i przekształcenia struktur opartych na repetycji przywołują na myśl minimalistów, a utwór zdaje się abstrahować hipnotyczną pajęczą sieć „Music for 18 Musicians” Steve’a Reicha. Trio gra po mistrzowsku przy pomocy sugestywnych brzmień. W wysokich partiach akordeony przeistaczają się w smyczki, niekiedy brzmią znowu jak klasyczne drewniane instrumenty dęte, a następnie grzmią z powagą niczym organy.
Niemal mimochodem muzycy cytują dźwięki swojego pokolenia, od techno do gameboy, i z somnambuliczną pewnością siebie omijają płycizny. Nie bez powodu zatem trio zbiera międzynarodowe wyróżnienia, mimo iż tak, jak się prezentuje, prawie całkowicie odbiega od stereotypu wykształconych muzyków. Gdy w roku 1996 Janusz Wojtarowicz zakładał trio, Paweł Baranek miał dopiero osiemnaście lat, ale trzeci członek zespołu Marcin Gałażyn, jak by nie było, już dwadzieścia jeden. Motion Trio konsekwentnie stawia w pierwszym rzędzie na własną inspirację. Perfekcja i maestria, z jaką płynnie, bez jakichkolwiek szwów serwują nawet najdrobniejsze motywy, synchronizują linie melodyczne i basowe, wypełniają solówki dysonansami, opierając je równocześnie na romantycznych harmoniach, czy egzekwują raptowne zmiany tempa, zdradzają konsekwentną pracę.
W cyklu „Kraków nad Menem”, zorganizowanym przez Frankfurt i jego miasto partnerskie w ramach Polskich Dni Kultury, odbywających się pod auspicjami Europejskiego Banku Centralnego, Motion Trio reprezentuje młodą, progresywną scenę muzyczną. Podobnie jak niektórzy renomowani polscy muzycy jazzowi także i poza swoją ojczyzną wyznacza ono skalę wartości, nawet jeżeli opublikowany obecnie, nagrany w studiu album „Pictures from the Street” brzmi nieco bardziej tradycyjnie niż wspaniały koncert, którego czar poderwał do owacji nawet dystyngowaną publiczność.
© F.A.Z. GmbH Frankfurt am Main
Tłumaczenie: Marek Bruno-Kamiński
Sztuka dla biednych i bogatych w Rio
Trwające tydzień święto polskiej kultury w Rio de Janeiro zamknął występ Motion Trio na najsłynniejszej i najbardziej zatłoczonej plaży świata - Copacabanie.Palmy, ręczniki plażowe, dziewczyny w bikini i pijące wodę z butelek rasowe psy - w tak egzotycznej scenerii odbył się finałowy koncert festiwalu Polonia Carioca
Trwające tydzień święto polskiej kultury w Rio de Janeiro zamknął występ Motion Trio na najsłynniejszej i najbardziej zatłoczonej plaży świata - Copacabanie. Koncert zapowiadała największa brazylijska telewizja i poczytne dzienniki. Polskim akordeonistom towarzyszyła orkiestra Teatru Miejskiego Rio de Janeiro pod kierunkiem Krzesimira Dębskiego.
Już dźwięki strojącej instrumenty orkiestry wywołały zamieszanie. Plażowicze przenosili leżaki pod scenę, zamarła ciągnąca się wzdłuż plaży promenada -jogging przerwali dbający o zdrowie emeryci i zwariowani na punkcie pięknego ciała bywalcy klubów fitness. Przystanęli mieszkańcy ekskluzywnych kondominiów odgrodzonych od ulicy wysokim murem. Grzecznie przysiadły nawet ich psy wystrojone w kokardy i specjalne buciki.
Polscy muzycy spodobali się od razu, bo znany Brazylijczykom akordeon wykorzystują nietypowo. Bez towarzyszącego zespołu i tak brzmieliby jak orkiestra, potrafią wydobyć z instrumentów niebywałe bogactwo muzyki - zapraszają do zmysłowego tanga, przenoszą w świat Orientu albo w grę komputerową, imitując odgłosy strzelania i wybuchów. Widownia z minuty na minutę się powiększała, słońce zachodziło, ale temperatura na scenie rosła. Krzesimir Dębski zdjął marynarkę i kręcił nią młynka. Owację zgotowali Polakom klienci plażowych barów, sprzedawcy grillowanych krewetek, nawet zbierający puszki biedacy.
Biedacy mieszkają na wzgórzach, w fawelach, ale i na ulicach w centrum miasta. Choćby na Lapie, dzielnicy pełnej starych kolonialnych budynków, chętnie wynajmowanych na artystyczne studia. Główny skwer zajmują bezdomni, głównie dzieci i nastolatki. Między innymi dla nich aktorzy sopockiej grupy Sfinks dali plenerowe przedstawienie "Varsovia Galopka" - intensywny kolaż tradycyjnie kojarzonych z Polską symboli oraz nowej estetyki nocnych klubów i centrów handlowych. Na wybiegu przed sceną, przydźwiękach muzyki zespołu Mazowsze, pojawiła się dziewczyna z bochnem chleba i wstydliwy ksiądz na rowerze. Po chwili zdesperowana kobieta wybiegła zza kulis z biało-czerwoną flagą, gdy na ekranie migały obrazy bombardowanej Warszawy. Szybko zastąpiły je propagandowe obrazki z PRL, a przed nosami widzów grzechotką machał ubrany na czerwono błazen.
Potem na wybiegu królował camp i kicz. Nastały czasy Złotego Cielca, seksu i głupoty. Jako ostatnia prezentowała się królowa Bona, a właściwie transwestyta w srebrnej sukni z krzyżykiem wymalowanym na czole. To ostry komentarz do rozpadu przypisywanych nam wartości, powinien być pokazywany w Polsce. Centralnym punktem spektaklu było odtworzenie najpopularniejszego z naszych rytuałów - picia wódki pod chleb i kiełbasę. Brazylijska publiczność reagowała doskonale, jakby skądś znała to, co ogląda.
Po przedstawieniu mali mieszkańcy skweru wyrywali sobie z rąk pozostawione rekwizyty - jabłka i różowe baloniki. Odeszli ledwie dziesięć metrów dalej i ułożyli się do snu na brudnych materacach. Główną ideą Polonia Carioca jest prezentowanie sztuki tym, którzy zwykle nie mają okazji z nią obcować. Dlatego instalacja Mirka Bałki "Cruzamento" stanęła na świeżym powietrzu, a Motion Trio dało wcześniej koncert w ośrodku dla dzieci z najuboższych dzielnic.
PAULINA WILK
Rio polubiło polskich artystów
W Rio de Janeiro trwa festiwal Polonia Carioca. W mieście biednych i bogatych polscy artyści prezentują sztukę wszystkim - koncerty i wystawy są otwarte. Dlaczego nasza kultura ma swój festiwal akurat w Rio? Wystawa brazylijskiej artystki Pauli Tropy wiele wyjaśnia. W mieście żyje bardzo liczna Polonia. Czworo Polaków, którzy podczas drugiej wojny światowej wyemigrowali do Ameryki Południowej, opowiedziało jej swoje historie.
Nagrania wideo i zdjęcia są pokazywane w Ogrodzie Ruin, centrum artystycznym, które już w belle époque przyciągało elitę kulturalną Rio. Budynek stoi w dzielnicy Santa Teresa, na szczycie wzgórza, z którego rozciąga się zapierający dech widok na miasto. Coraz chętniej wprowadzają się tu artyści, ale tylko najodważniejsi. Wokół są ubogie fawele, a to sąsiedztwo wielu odstrasza.
Nie powstrzymało zaproszonych na wernisaż gości, a zarazem bohaterów wystawy. Liliana Syrkis, leciwa i szykownie ubrana Polka, mieszka w Brazylii od początku lat 40. Do Rio trafiła przez Syberię, Kazachstan i Szwecję. - Ojciec zginął w Katyniu -opowiada mi. -Myśmy z matką przedostały się do Szwecji. Tam nauczyłam się szyć. Byłam uzdolnioną matematyczką, miałam ambicje, ale trzeba było z czegoś żyć.
Po przyjeździe do Rio zaczęła pracować jako krawcowa, potem otworzyła salon z własnymi projektami. Teraz, po kilkudziesięciu latach, zamyka go.
Związków między Polską a Rio najłatwiej szukać w religii. Przytłaczająca większość mieszkańców miasta to katolicy. Dlatego miejsce przed wejściem do potężnego gmachu Muzeum Sztuki Nowoczesnej zajęła instalacja Mirosława Bałki "Cruzamento". Zbudowany ze stalowych ram i krat krzyż nie stoi pionowo, leży na ziemi. Jest długi na kilkadziesiąt metrów i dość wysoki, by się w jego wnętrzu przespacerować. I zatrzymać przy jednym z pięciu stygmatów -silnych nawiewów powietrza, które dają ulgę od upału, rozwiewają włosy, przynoszą oczyszczenie. "Cruzamento" to konstrukcja otwarta i zamknięta jednocześnie. Przypomina skrzyżowanie, można wejść do niej z czterech różnych stron, spotkać kogoś na swej drodze. Ale gdy już jest się w środku, świat widać przez kraty. Z tej perspektywy religia kojarzy się z opresją. Ta symbolika w Brazylii ma wyjątkowe znaczenie, tu chrystianizacja oznaczała bezwzględną walkę z lokalnymi wierzeniami. Krzyż Bałki to nie gloryfikacja religii, raczej polemika z górującą nad miastem gigantyczną figurą Chrystusa.
-Mamy wielu sponsorów, ale ten jest najważniejszy -mówi uśmiechnięty Jairo Countinho, wskazując właśnie na posąg rozpościerającego ramiona Jezusa, który widoczny jest w oddali. Stoimy na basenie ośrodka dla dzieci z pobliskich faweli. Jairo jest tu dyrektorem, w środę polscy akordeoniści z Motion Trio zagrali dla jego wychowanków. Sukces ośrodka nazwanego Przestrzeń Nadziei dla Dzieci jest niebywały. Zanim ruszyły tu zajęcia, w okolicy dochodziło do dziesięciu morderstw dziennie. Teraz nie ma ich wcale. Dzieci i nastolatki zajęły się graniem w siatkówkę i piłkę nożną, czytaniem książek, malowaniem i Internetem. Tak jak Marlon, który zaczął tu przychodzić cztery lata temu: -Miałem 14 lat i po szkole zbijałem bąki. Teraz wiem, co chcę robić wżyciu.
Ośrodek uczy dzieci zawodów, szykują się do pracy m.in. jako gazownicy, kelnerzy, barmani. Ale muzycy Motion Trio zrobili wszystko, by przy nich dzieci myślały wyłącznie o zabawie. Ich instrumenty naśladowały odgłosy pędzącego pociągu, karuzeli i nadlatującego UFO. Publiczność reagowała natychmiast, w ruch szły ramiona i biodra. Mali Brazylijczycy klaskali i tupali, łatwo odnajdując rytm nawet w skomplikowanych utworach. Zaskoczył ich Krzesimir Dębski, który przed koncertem bawił się z nimi, a teraz nagle wyciągnął z futerału skrzypce i akompaniował akordeonistom. Chłopcy zaglądali mu przez ramię, żeby zobaczyć, jak wydobywa dźwięki.
Wystarczy odejść kilkadziesiąt metrów od budynku, zobaczyć porośnięte ciasnymi domkami wzgórza i strażników z karabinami, by pojąć, że ten ośrodek to oaza. O jego istnieniu wie cała Brazylia, finansują go zwykli ludzie, dzwoniąc i wysyłając SMS. Podobne domy kultury powstały już w czterech innych miastach, a także w Afryce.
Powiedział "Rz": Marcin Gałażyn Motion Trio:
Chociaż często występujemy charytatywnie, było to dla mnie wzruszające doświadczenie. To jeden z najtrudniejszych koncertów, bo niełatwo dotrzeć do dzieci, które nie mówią naszym językiem i żyją w bardzo trudnych warunkach. Na co dzień w centrum naszych zainteresowań jest Europa, zapominamy, że 70 procent świata żyje w biedzie, takiej jak tutejsze fawele, gdzie średni dochód to 3 dolary dziennie. Byłem poruszony ciepłem, spontanicznością tych dzieci, ich wyczuciem muzyki.
PAULINA WILK z Rio de Janeiro
"Dwa razy Polska"
Nie mam nic przeciwko swojskości i ludyczności, to też ważny element polskości i nie ma co się tego wypierać. Ale promocja Polski zagranicą nie może się tylko na tym opierać, bo grozić to będzie powstaniem wyobrażenia naszego kraju jak skansenu, rodem z zamierzchłych czasów.
Coraz więcej ludzi to rozumie i pokazując Zachodowi (Wschodowi też), nie idzie po sztampie. W ten nurt wpisuje się np. inicjatywa euposła, Ryszarda Czarneckiego, który w Parlamencie Europejskim postanowił zaprezentować dokonania Międzynarodowego Centrum Mowy i Słuchu. Było to swoją drogą wydarzenie towarzyskie roku, bo po raz pierwszy od dawna na jednej, niewielkiej przestrzeni spotkali się profesorowie Bronisław Geremek i Maciej Giertych, na codzień schodzący sobie z dróg. Przez trzy dni chętni mogli poddać się badaniom słuchu i wzroku, co akurat w przypadku polityków ma podwójne znaczenie. "Całe nieszczęście ludzi bierze się stąd, że nie mówią jednym językiem" pisał Camus. Ba, nawet jeśli mówią to się wzajemnie nie słyszą i nie chcą słyszeć. Warto było zobaczyć miny niektórych zagranicznych gości ekspozycji, zdumionych faktem, że w Polsce są ośrodki medyczne i naukowe na najwyższym światowym poziomie.
Więcej takich projektów, a może niektórzy obywatele świata zachodniego przestaną się pytać, czy u nas też są telefony komórkowe, pralki i komputery. A wieczorem, we Flagey Małopolska pokazała swoje muzyczne oblicze. I chwalić Boga organizatorom nie przyszło do głowy, by zaprosić rodzime podróbki Britney Spears czy innych Spice Girls. Zaproszono natomiast trzech, młodych zdolnych akordeonistów, czyli Motion Trio. Byłam pół roku temu na ich koncercie w Aalst, cały miejscowy dom kultury pełen był tubylców, oczekujących muzyczki pod stołowe wino i bagietkę. A tu wielkie zaskoczenie. Bo panowie z Motion Trio nie mają nic wspólnego ze stereotypową muzyką na akordeony. Nowoczesne, ale nieudziwnione na siłę brzmienie, odwołania do klasyki (świetne wykonanie Orawy Wojciecha Kilara), mnóstwo własnych pomysłów i pełen profesjonalizm (krakowska Akademia Muzyczna!) plus muzyczne i słowne poczucie humoru....Nic dziwnego, że było kilka owacji na stojąco.
W taki sposób powinniśmy częściej się pokazywać zagranicą. Stawiając na oryginalność i świeżość a nie na cepelię i żałosne imitacje zagranicznych gwiazdeczek. Tylko dzięki temu może udać się przełamać zły stereotyp
Akordeony i Trilok
Po koncercie, podczas kolacji w klubie Piec Art, Joe Zawinul komplementował nie tylko kuchnię, ale i krakowskich muzyków, których znał z występów w swym wiedeńskim klubie. W obecności m.in. swojego zespołu przekazywał liderowi tria Januszowi Wojtarowiczowi uwagi, po czym rozbawił słuchających zdaniem, że postępuje tak tylko w stosunku do osób, które mają przed sobą wielką przyszłość, innym mówi jedynie, że było świetnie.
A że było w niedzielę podczas pierwszej części koncertu świetnie to fakt - reakcja publiczności w pełni do pokazywała.
WACŁAW KRUPIŃSKI
"Märkische Allgemeine Zeitung"
Wieczór tryskający muzyką - krakowskie Motion Trio z towarzyszeniem Orkiestry Filmowej Babelsberg w Nikolaisaal
Hymn NRD i piosenka o Piaskowym Dziadku w „Żółtym trabancie“
Koncert w piątkowy wieczór zwabił do Nikolaisaal wielu młodych ludzi, wielu z nich z ewidentną znajomością specyfiki gry grupy Motion Trio z Krakowa. Grając wspólnie z Niemiecką Orkiestrą Filmową Babelsberg grupa polska zaprezentowała nowatorską formę koncertu. Aranżacje na Motion Trio i orkiestrę, przygotowane na tę okazję przez Krzesimira Dębskiego, wywołały u organizatorów lekką tremę. Jednakże już przy pierwszym utworze okazało się, że zdenerwowanie związane z premierą było zupełnie bezpodstawne, ponieważ każdy szczegół, każdy najmniejszy detal, był idealnie wkomponowany, a Scott Lawton nie miał żadnego problemu, żeby zgrać rozpętanych Krakowiaków z elastyczną i płynnie reagującą orkiestrą.
„Zaraz pojawi się Motion Trio” - brzmiał tytuł uwertury na orkiestrę, do którego polscy mistrzowie akordeonu nawiązali szybko i naturalnie. Rozbrzmiała perfekcyjna gra akordeonów, która sprawiła, że sala niemal zagotowała się. Bezsprzecznie dominowały utwory o tematyce związanej z kosmosem i techniką, jak np. ”UFO”, „Space Carrousel” czy „Helicopter”. Natomiast utwór „Żółty trabant” przywołał kultowy enerdowski pojazd. W utworze tym sparodiowano również hymn NRD oraz piosenkę o Piaskowym Dziadku z enerdowskiej telewizji. Sala bawiła się świetnie!
W skład Motion Trio wchodzi założyciel Janusz Wojtarowicz oraz Paweł Baranek i Marcin Gałażyn. Motion Trio podbija świat muzyczny już od dziesięciu lat, podczas których ich gra akordeonowa nabrała prawdziwej dojrzałości koncertowej. Ich styl muzyczny czerpie ze wszystkich możliwych kierunków muzyki, przeszłych i współczesnych, ze szczególnym zamiłowaniem do muzyki minimalistycznej Philipa Glassa czy Steva Reicha. Motion Trio pokazało, że akordeon może także pełnić rolę bębna, wzbogacając swoją grę o efekty dźwiękowe uzyskane przez lekkie uderzenia w mikrofon.
Podczas występu Janusz Wojtarowicz przypomina tańczącego derwisza. Bardzo rzadko wytrzymuje dłużej niż minutę w jednym miejscu, często klęka, obraca się, zachęca dyrygenta, orkiestrę i członków zespołu do coraz śmielszych ruchów. Nie brakowało także subtelnych melodii, jak podczas przepięknego wykonania utworu „Silence” z towarzyszeniem orkiestry. Na szczególne uznanie zasługuje „Orawa” Wojciecha Kilara, który to utwór awansował właśnie w Polsce do rangi hitu i w którym pobrzmiewają reminiscencje polskich tańców narodowych, jak również „You Dance” z cytatami z muzyki arabskiej.
Był to niewątpliwie wieczór tryskający muzyką, która z pewnością w tej kombinacji pozyskała wierne grono miłośników.
Matthias Müller
"Pictures From The Street"
Sześć rąk zastępuje całą orkiestrę
„Tradycjonalistom wyczerpały się pomysły.” Tak utrzymują trzej młodzi Polacy z Krakowa - Marcin Gałażyn, Janusz Wojtarowicz i Paweł Baranek - którzy tym radykalnym stwierdzeniem legitymizują swoją własną rewolucję.
Jest to rewolucja akordeonu, proklamowana przez trzech młodych ludzi, z których żaden nie przekroczył trzydziestki. „Inne instrumenty, takie jak skrzypce, gitara i fortepian, zostały już na swój sposób wyeksploatowane, i tak naprawdę nie może tu już powstać wiele nowego.” Akordeonowi wciąż jednak przypada w udziale życie w cieniu.
I rzeczywiście: jedni byli „cool”, inni grali na akordeonie - któż się nie wzdrygnie, wspominając występy szkolnej orkiestry akordeonistów podczas uroczystej akademii lub na zakończenie roku szkolnego... Tam oraz - co było jeszcze bardziej nieznośne - w „Stodole muzykantów” (telewizyjny show prezentujący popularne melodie ludowe) akordeon był w pełni zadomowiony. Wizerunek ten zmienia się bardzo powoli, między innymi dzięki bandoneonom i renesansowi tanga (zmiksowanego z elektronicznymi brzmieniami przez francuski Gotan Project). W Niemczech przede wszystkim Lydie Auvray, z urodzenia Bretonka, dzięki swym pogodnym walcom w typie „musette” tworzy przeciwwagę dla przerysowanego stylu ludowych muzykantów.
Trzej młodzi Polacy, określający się po prostu jako „Motion Trio”, podążają zupełnie inną drogą. Czerpią oni - jak sami twierdzą - inspirację z muzyki współczesnej, klasycznej i barokowej, podobnie jak z jazzu, rocka, „metalu”, muzyki techno i house oraz z polskiej muzyki dyskotekowej. Z tych dźwięków rodzi się ich pulsujące, porywające, wprawiające w trans brzmienie.
„Motion” oznacza ruch, znamy również „motion pictures” - ruchome obrazy - i powstawanie właśnie takich ruchomych obrazów w umysłach słuchaczy powoduje „Motion Trio”. Czasami są to obrazy, które pozostają w sferze abstrakcji, a wtedy jaskrawe kolory tańczą przed naszymi oczyma. Innym razem dźwięki uzyskują cechy fotograficznego realizmu, i wówczas akordeon przeżywa mutację - staje się kobzą, a słuchacz czuje, że przeniesiony został do krainy szkockich wzgórz. Zaraz potem tenże słuchacz odbiera siebie jako część składową gwałtownej sceny pościgu, niczym w filmie akcji, porwany przez przemożny, narzucający się dźwięk trzech instrumentów i grających na nich „furioso” muzyków, których palce przelatują przez klawisze i guziki, tak jak gdyby przez całe życie nic innego nie czyniły.
I tak rzeczywiście było. Gałażyn, Wojtarowicz i Baranek nauczyli się grać na akordeonie już w dzieciństwie i zdobyli potem solidne wykształcenie muzyczne na różnych wyższych uczelniach muzycznych w Polsce. Wszyscy trzej stali się uznanymi instrumentalistami o statusie solistów i uhonorowani zostali licznymi nagrodami polskimi i międzynarodowymi. Jako trio zdobyli między innymi Grand Prix na Międzynarodowym Festiwalu Współczesnej Muzyki Kameralnej im. Krzysztofa Pendereckiego.
Pomimo to owo „trio infernale” niemalże nie pozwala się sklasyfikować w tradycyjnych kategoriach stosowanych wobec tego typu zespołów. Zbyt wyraźnie zaznaczają się tu doświadczenia muzyków, zdobyte poza murami konserwatorium, tym niemniej jednak można odnieść wrażenie, że profesorowie w pełni wspierają niekonwencjonalną drogę rozwojową swoich najdoskonalszych uczniów.
„Przez wiele lat graliśmy na rogu ulicy Floriańskiej lub na Rynku Głównym w Krakowie”, opowiadają członkowie zespołu. „Nauczyciele z Akademii Muzycznej rzucali przechodząc pieniądze do naszych kapeluszy. Wiele znanych nam osób patrzyło, jak siedzieliśmy na ziemi, z akordeonami na kolanach - było to ambarasujące.”
Także przy nagrywaniu płyty kompaktowej „Pictures from the street” Gałażyn, Wojtarowicz i Baranek nie dali się odwieść od swoich zasad. „Nie stosowaliśmy sampli ani elektroniki. Do czego potrzebne nam były sample, skoro mamy tak wspaniałe instrumenty? Akordeon oferuje przecież pełny zakres orkiestry kameralnej!”
© Michael Frost, 1 listopada 2004
Tłumaczenie z języka niemieckiego: Marek Bruno-Kamiński
"Live in Vienna"
Nowa płyta Motion Trio
Krakowskie Montion Trio wydało nową płytę. "Live in Vienna - Sacrum & Profanum" to zapis koncertu, który odbył się 21 marca 2002 roku w Kościele Gustawa Adolfa w Wiedniu podczas III Międzynarodowego Festiwalu Akordeonowego.
Jeden z krytyków muzycznych napisał: "Taki zespół jak Pink Floyd w celu uzyskania podobnych efektów potrzebował ogromnego wyposażenia, Motion Trio tylko trzech akordeonów". Nie ulega wątpliwości, że krakowscy akordeoniści posiadają niebywałe możliwości brzmieniowe. To jednak nie wszystko. Motion Trio to zespół najdoskonalszych w świecie malarzy, tworzących swe obrazy za pomocą dźwięków.
Zespół założony w 1996 roku przez Janusza Wojtarowicza jest m.in. zdobywcą Grand Prix 4. Międzynarodowego Konkursu Współczesnej Muzyki Kameralnej im. Krzysztofa Pendereckiego. "Live in Vienna - Sacrum & Profanum" to już czwarta płyta krakowskiej grupy, a umieszczone na niej utwory znane są z poprzednich nagrań. Pomimo tego jednak kompozycje te wciąż intrygują.
Tak jest np. z utworem "Czeczenia - dźwięki wojny". Odgłosy walki. Krótka seria strzałów prowokuje wroga do wymiany ognia. Ogłuszające dźwięki karabinów maszynowych. Jest ich coraz więcej. Walka staje się zacięta i krwawa. Nadlatują samoloty, bombardowanie, wybuchy... cisza. Przerywa ją smutna melodia, zdaje się pieśń żałobna. Płacz i trwoga. Z dala rozbrzmiewa marsz zwycięskich żołnierzy. Odchodzą. Spokój, cisza... Po chwili znów słychać pojedyncze strzały, całe serie... Nie ma nadziei na zakończenie walki... Rozlegają się brawa.
Nie mniej zaskakuje także sposób, w jaki zespół prezentuje "Ciszę". Rozpoczynające ją delikatne głosy, ledwo wybijające się z nicości, potęgują tajemniczość, nadają utworowi szczególnej atmosfery. Z drugiej strony pojawia się jednorodny, mocny puls, sugerujący być może, iż cisza ta, tak naprawdę, pełna jest życia.
Opowieści muzyczne jeszcze nigdy nie były dla mnie tak przekonujące, nie trafiały do mnie tak bezpośrednio. Raz przerażające i wywołujące dreszcze, innym razem zachwycające subtelną melodyką. Nie do końca wiem, czy nazwać twórców tej muzyki mistrzami sztuki, czy może szatanami dźwięków. Znamienne jednak, że jak nikt dotąd potrafią poprzez muzykę odmalować najprawdziwsze żywe obrazy.
W kompozycjach Motion Trio zachwycający jest jeszcze jeden aspekt: kunszt kompozytorski. Utwory Janusza Wojtarowicza, Pawła Baranka i Marcina Gałażyna urzekają wielobarwnością i niezwykłą świeżością. To zupełnie nowy muzyczny byt, doskonały przykład współczesnej kameralistyki polskiej.
Tomasz Jakub Handzlik
"Live in Vienna"

"Siła w miechu"
Motion Trio to prawdziwy ewenement: trójka akordeonistów, która w sobie tylko znany sposób godzi najróżniejsze style muzyczne i upodobania publiczności. Latem akompaniowali w Warszawie Bobby`emu McFerrinowi wzbudzając aplauz jazzfanów. Doceniają ich także miłośnicy współczesnej klasyki i entuzjaści rocka.
W marcu ubiegłego roku podczas Trzeciego Międzynarodowego Festivalu Akordeonowego koncertowali w kościele Gustava Adolfa w Wiedniu, co zostało zarejestrowane i teraz wydane na płycie (czwartej w dorobku) "Live in Vienna". Po tym występie krytyk magazynu "Jazzzeit" napisał : "Taki zespół jak Pink Floyd w celu uzyskania podobnych efektów potrzebował ogromnego wyposażenia, Motion Trio tylko trzech akordeonów".
Koncertowy album krakowskich akordeonistów rzeczywiście robi wrażenie (mało kto przypuszczałby, że aż taka siła tkwi w miechu akordeonu), ale przy okazji pokazuje, że muzyka nie musi okopywać się w zamkniętych niszach dla koneserów ani schlebiać prostym gustom, by można ją było docenić. Dość posłuchać choćby takiego utworu jak "Heart", gdzie mamy wszystko - dźwiękową lirykę, energię i rytm.
I pomyśleć,że to tylko akordeon...
M.P Polityka
Play-Station
Długo zastanawiałem się co można napisać o nowej płycie Motion Trio. No bo niby skąd można mieć jakiś punkt odniesienia. Muzyka akordeonowa. Wprawdzie akordeon pojawia się tu i ówdzie od czasu do czasu, są nagrania Threadgila, Douglasa, Klucevseka, czy przede wszystkim Piazzolli, Saluzziego i Galliano. Jest akordeon obecny w muzyce cygańskiej, niemieckiej, rosyjskiej czy przede wszystkim argentyńskiej. Jest też w kapelach podwórkowych. Jest jednak jedno ale. Motion Trio to trzy akordeony i nic więcej.Nawet, gdy na tej płycie słychać perkusję - to jest to akordeon, rozciągnięty akordeon, a muzycy uderzają w jego miechy. I cóż z tym fantem zrobić? We wszystkich wspomnianych przykładach, nawet u tych największych: Galliano, Piazzolli, Saluzziego - instrumenty ich (przy czym w tych dwu ostatnich przypadkach to bandoneon, a nie akordeon) są jedynie jednym z elementów, najczęściej nawet koloryzującym, a nie wyłącznym uczestnikiem spektaklu.
Jak więc oceniać taką muzykę? Najlepiej bez kompleksów. Bez kompleksów, albowiem muzycy, którzy ją grają takowych nie mają. Postanowili udowodnić światu, że trzy akordeony są wystarczającym medium do stworzenia muzyki. Ciekawej muzyki. I..., doczytajcie do końca, sięgnijcie po płytę i odpowiedzcie sobie sami.
Pierwszym efektem było zaskoczenie. Z dotychczasowych dokonań Motion Trio spodziewałem się, że usłyszę muzykę, którą można zaklasyfikować jako world music, a tu - nic z tego. Tak, więc, gdy odeszło już zaskoczenie, gdzieś tak po dwu pierwszych utworach, gdy rozbrzmiały Stars, ledwie, gdy oswoiłem się z myślą, że na trzech akordeonach nie musi się grać world music, pojawiło mi się pytanie: po jakiego grzyba grać na akordeonach muzykę, którą można wykonywać na instrumentach elektronicznych, bowiem owym Gwiazdom najbliżej chyba do muzycznych dokonań Jarre'a. W tym błogim nastroju trwałem zaledwie około 5 i pół minuty, albowiem po Gwiazdach muzycy wciągnęli mnie w grę, a w zasadzie w Grę Czwartą. I tu dostałem opadu szczęki. Akordeony zostały potraktowane kompletnie bezkompromisowo. Bez żadnego obciachu. Potraktowane jak pełnoprawny instrument koncertowy, jak fortepian, instrumenty smyczkowe, dęte - nie jakaś tam popularna cyja. To tu pojawiają się elementy perkusyjne grane na akordeonach, tu brzmią one jakby muzykę taką - na akordeony solo (no trio, w zasadzie) tworzono od zawsze. Jakby chłopcy z Motion Trio nie byli pierwszą taką kapelą na świecie, ale jakby wpisywali się w dotychczasową tradycję takiej muzyki. Ale przecież tak nie jest! Oni są pierwsi i niemal jedyni. Potem pojawiają się przepiękne dźwięki Księżyca. Znów jakby muzyka elektroniczna, ale... akustycznie. Nie będę już dalej nudził - do końca płyty jest tak samo: pojawiają się przecudnej urody dźwięki, nieco jakby z innego świata. Aż dziw, że wszystkie one zostały wykreowane jedynie przy pomocy akordeonów. Niecierpliwie czekam na dalsze propozycje Motion Trio. Wiem, że niebawem - już w czerwcu - pojawić się mają z trębaczem Frankiem Londonem. O ile dojdzie do tej współpracy, będzie to już drugie takie przedsięwzięcie po niezmiernie udanych koncertach z Tomaszem Stańko.
Paweł Baranowski - EMD
Tomasz Stańko & Motion Trio
"Powiew świeżości"
Tomasza Stańki fanom jazzu przedstawiać nie trzeba, a i w kręgach miłośników muzyki o niekoniecznie jazzowym profilu jest to postać ciesząca się znaczną charyzmą.
Motion Trio to zespół złożony z samych akordeonistów, artystów młodych, zdolnych i ambitnych, którzy, czego dowodzą podczas koncertów oraz na swej debiutanckiej płycie, starają się przed wrażliwymi odbiorcami odkryć oblicze akordeonu, jakiego, przypuszczam, większość z nas nie tylko nie zna, ale nawet nie podejrzewa, że takowe istnieje.Stańko to jazzman z krwi i kości, muzyk, dla którego podstawą twórczości jest improwizacja, posiadający charakterystyczne, rozpoznawalne brzmienie oraz nie mniej charakterystyczny katalog 'zagrywek' i 'patentów', jakiego naturalnym środowiskiem jest fraza jazzowa.
Motion Trio to zespół łączący z wyobraźnią i odwagą tradycję akordeonową, fascynacje muzyką klasyczną, przede wszystkim Jana Sebastiana Bacha, oraz... współczesną muzyką młodzieżową, tworząc zadziwiającą odmiennością mieszankę wysublimowanych, niezwykle bogatych barw, szerokich płaszczyzn dźwiękowych, obsesyjnych motywów i transowej rytmiki.
Przed koncertem byłem pełen wątpliwości, czy tak różne światy muzyczne - jazzowy, improwizowany Tomasza Stańki, i rockowo-klasyczny, aranżowany Motion Trio - uda się artystom połączyć w jedną, spójną i dramaturgicznie przekonującą całość. Tym bardziej, że to stary mistrz musiał się nagiąć do pomysłów i stylu trzech młodzieńców. Z czasem wątpliwości ulatniały się, a finał niezwykłego koncertu w Indigo pozostawił mnie w autentycznym zachwycie i przekonaniu, że uczestniczyłemw czymś niezwykłym, magicznym. Mocna, wyrazista muzyka akordeonowa, programowo monotonna, surowa, ulatująca momentami wręcz w rejony psychodelii, zyskała dzięki błyskotliwym, improwizowanym partiom trąbki nowy, żywszy, a co za tym idzie, bardziej emocjonalny, ekspresyjny wyraz. Stała się bogatsza, wyszlachetniała, pojawiły się w niej nowe fascynujące wątki.
Nie cały koncert stał na jednakowo wysokim poziomie. Artyści nie mieli chyba zbyt wiele czasu na próby i nie zawsze byli jednomyślni, momentami dochodziło do tarcia materii. Niektóre utwory robiły wręcz wrażenie, że frazy trąbki są doczepione zupełnie przypadkowo do partii akordeonowych, żyją obok nich własnym, indywidualnym życiem. Gdy jednak trębaczowi udawało się wejść w muzykę Motion Trio, nawiązać z akordeonistami współpracę - nie zatracając przy tym odrębności - muzyka sięgała szczytów i ulatywała w zupełnie nowe, śiweże rejony. Jestem przekonany, że gdyby Tomasz Stańko i Motion Trio chcieli i mogli ze sobą grać, zdecydowali się na stałą współpracę, koncertowali i nagrali płytę, ich wspólne dokonania mogłyby wywołać wielkie zamieszanie nie tylko na lokalnym rynku muzycznym, ale na całym świecie. Kwartetu w składzie trzy akordeony i trąbka jeszcze nie było. W dodatku jest to kwartet złożony z artystów kreatywnych i bezkompromisowych, spełniający w swej muzyce wszelkie założenia, tak modnej na przełomie stuleci, modernistycznej metody, polegającej na łączeniu wielu różnych odrębnych elementów i tworzeniu z nich nowej jakości. Przebłysk tej nowej jakości pojawił się w Indigo i oby dalej się rozwijał.
Robert Buczek, Gazeta Wyborcza
Gustav Adolf Cathedral
Rece skladaja sie same. Chlod kosciola i niewygodne, drewniane lawki zachecaja do modlitwy,czy ktos tego pragnie, czy tez nie. Idealnym kontrastem do chlodu kosciola okaze sie zywiolowa gra trzech, polskich akordeonistow. Balsam dla duszy. Blogoslawienici,ktorzy uslyszeli Motion-Trio w 16- dniu Festiwalu Akordeonowego, a bylo ich nie malo. Wielu uwaza, ze najwieksza niespodzianka Festiwalu stanowil wlasnie zespol Motion Trio. Zaprezentowany repertuar, pelne swobody wykonanie, przekroczylo wszelkie granice znanych dotad sposobow gry na akordeonie.
Ze swoich instrumentow trojka ta wydobyla brzmienie innowacyjne- to naprawde trafne okreslenie. W przeciwienstwie do akordeonistow a la Hans Peter Falkner, ktorzy instrumenty swoje lacza z urzadzeniami midi i innymi technicznymi gadzetami, trzej Polacy nie potrzebuja niczego, procz swoich akordeonow.
Wojenna alegoria: ryk samolotu, salwy z pistoletu maszynowego, maszerujacy zolnierze, wojskowa orkiestra- to obrazy wojenne, ktore w wykonaniu artystow brzmia doprawdy groznie. Utwor trwa nieco ponad 30 minut.
"Bylismy juz po kilku piwach, siedzielismy przed telewizorem i ogladalismy reportaz z wojny w Czeczeni. Wylaczylismy glos, wzielismy nasze akordeony i gralismy do obrazu"- opowiada, po koncercie o powstaniu tego wojennego utworu Janusz Wojtarowicz. Nalezy stwierdzic , ze taki zespol jak Pink Floyd, w celu uzyskania podobnych efektow dzwiekowych potrzebuje ogromnego wyposazenia. MotionTrio- tylko trzech akordeonow. Podobny w nastroju kolejny utwor " Mgnienie oka"- dziecinne wspomnienie nieudanej wizyty w cyrku- w deszczowy dzien. Smutny epizod w zyciu dziecka, przetworzony poetycko,choc bez slow. A na zakonczenie dla kontrastu majac dosc naszej planety Ziemi-skok na spacer w kosmosie; " Lot w przestrzeni kosmicznej", "Gwiazdy", "Kosmiczna karuzela" oparta na Ambient- Sound Brian Eno.Tam, gdzie elektroniczne sztuczki niemieckiej grupy "Kraftwerk" staja sie statyczne, Motion Trio zaczyna rozwoj ekspresji akustycznej. Akordeon elektroniczny.Poznawany obecnie krok po kroku, stosowany elektronicznie.Akordeonisci tradycyjni doszli do kresu,a naszym celem jest wylowienie z akordeonu dotad nie slyszanych dzwiekow.Rozwinac absolutnie nowe brzmienie i srodki formalne. Przelozyc na plyty kompaktowe i oczywiscie na zywo. Gra "na zywo" jest dla nas wielkim wyzwaniem, poniewaz w studio mozna w jakims sensie "oszukiwac". Ale nie podczas koncertu.
Powrot na ziemie byl tez improwizowany.Kiedy wybrzmialy ostatnie dzwieki "kosmocznej ciszy" obudzilo sie dziecko . Jego placz stanowil idealne przejscie do ostatniej piosenki "Przebudzenie". Wykonywany bis pozwolil znowu powrocic do roli obserwatora. Nie trzeba rozwodzic sie nad tym, co sie widzialo. Lepiej zamknac oczy.
Motion Trio to nie tylko wielka niespodzianka Festiwalu,ale jak do tej pory najlepsze, co uslyszelismy. Energia i moc polskiego tria niestety nie przeniosla sie na druga czesc koncertu. Poziom pierwszej czesci byl tak wysoki,ze finskie Maria Kalaniemi-Trio bylo bez szans. Zamiast grac swobodnie i na luzie, muzycy zamkneli sie w sobie i zaprezentowali interpretacje pozbawione swobody, mila dla ucha, ale jednak konserwatywna. Uslyszelismi piesni weselne, menuety, finskie tanga i "polska" ( nie mylic z czeska polka)..Utwory finsko- szweckiego pochodzenia, ktore zagubily sie gdzies w w niezbierzonym bezkresie krajobrazu.Chlod powrocil do kosciola.
Motion Trio czyli globalizacja akordeonu
- Teraz wiele zespołów przyznaje, że zaczynało karierę na ulicy - mówi Janusz. - To modne. Niektórzy dorabiają do tego filozofię - dwa razy wyszli na ulicę i uważają się za "streetowy band" ...Motion Trio to zespół akordeonowy: lider Janusz Wojtarowicz (Jasiek), Marcin Gałażyn (Rudy) i Paweł Baranek (Dzidek). Grają razem od 1996 roku. Mieszkają w Krakowie. Nagrali cztery płyty: "Cry" (1999), "Pictures From The Street" (1999), "Play Station" (2001), "Live In Vienna Sacrum & Profanum" (2002). Są laureatami Grand Prix 4. Międzynarodowego Konkursu Współczesnej Muzyki Kameralnej im. Krzysztofa Pendereckiego. Występowali razem z Bobbym McFerrinem, Tomaszem Stańką i Michałem Urbaniakiem.
PICTURES FROM THE STREET
- Teraz wiele zespołów przyznaje, że zaczynało karierę na ulicy - mówi Janusz. - To modne. Niektórzy dorabiają do tego filozofię - dwa razy wyszli na ulicę i uważają się za "streetowy band". Rudy grał na ulicy przez lat dziesięć, ja sześć. Jeździłem sam po Europie. Jesteśmy zespołem, który zaczynał swoją działalność i poznawanie muzyki, innej niż akademicka, na ulicy. To nic nie daje. Według mnie daje tylko poczucie, że potrafisz zarobić na kromkę chleba. Ile? Bardzo dużo. Historia Marcina jest odmienna: - Grałem flamenco z gitarzystami (Que Pasa). Spotykaliśmy masę ciekawych ludzi, czasem dziwnych. Ważne jest to, że nie obcuje się z akordeonistami, typowymi akordeonistami, którzy grają w szkole, tylko z gitarzystami zafascynowanymi Paco de Lucią czy McLaughlinem. Pod ich wpływem sposób grania na akordeonie kompletnie się zmienia. Uważam, że na ulicy nauczyłem się więcej niż gdziekolwiek indziej.
- Przechodzą profesorowie z Akademii Muzycznej i rzucają pieniądze - śmieje się Rudy. - Graliśmy trzy lata na rogu Floriańskiej i Rynku. To naprawdę ruchliwe miejsce. Same znajome twarze, patrzą na mnie, a ja siedzę po turecku, z akordeonem na kolanach. Straszny obciach. Ale po takim obyciu nic nie może zaskoczyć przed koncertem.
PLAY STATION
- Nasza muzyka jest akustyczna, ale gramy również rzeczy kojarzące się z elektroniką. Nie robimy tego jednak na przekór - wyjaśnia Marcin. - Chcemy wydobyć nowe barwy z akordeonu. Cały czas szukamy. Teraz jest nam o wiele łatwiej, bo mamy nowe instrumenty. Dostaliśmy je od Instytutu Sztuki w Krakowie i Ministerstwa Kultury. Akordeon Pigini Super Sirius Millenium daje o wiele więcej możliwości niż jakikolwiek inny. Możemy pokazać barwy, efekty, które jeszcze nigdy nie były prezentowane.
- "Play Station"? - podejmuje Rudy. - W pewnym momencie nasza wyobraźnia poszła w tym kierunku. Utwory, które powstawały, kojarzyły się nam z grami komputerowymi i ruszyliśmy w tę stronę. Utworów było coraz więcej. Zastanawialiśmy się jak nazwać płytę - jaka nazwa zepnie wszystkie kompozycje? Pewnego dnia, pamiętam, to był koncert w Indigo, przyszedł Jasiek i mówi: Słuchajcie, muszę wam coś powiedzieć! Płyta będzie nazywać się "Play Station". - To jest nasza najlepsza płyta, jeśli chodzi o dokonania dla instrumentu, dla naszego kochanego instrumentu - Janusz uśmiecha się łagodnie. - Udało nam się uwolnić od eksperymentów typowych dla muzyki ultra współczesnej. Finowie czy Amerykanie zastosowali już takie nowoczesne środki wyrazu jak akordeon na przesterach, akordeon midi czy akordeon w zestawieniu z syntezatorami, a my "po bożemu" zagraliśmy coś nowego, coś innego. Chcieliśmy odnieść się do tego, co nowoczesne.
- Jeżeli chodzi o stronę techniczną płyty, o jej nagranie, udźwiękowienie, unikaliśmy pogłosów - rzeczowo wyjaśnia Marcin. - Staraliśmy się, żeby akustyczne brzmienie było bardzo syntetyczne. Akordeony, które słyszeliśmy dotychczas, były "spogłosowane", "kościelne". Chcieliśmy tego uniknąć, by muzyka kojarzyła się właśnie z elektroniką, z czymś co jest "future". Dlatego płyta jest syntetyczna, zwarta, skompresowana. Pytają nas: "Dlaczego to tak sucho brzmi?". Ten dźwięk uderza prosto w ucho, jakby akordeon był tutaj, przed oczami, jak monitor.
- To nie jest atrakcyjne brzmienie - wtrąca Janusz. - Ludzie mówią, że ich to męczy.
- Wszystko, wokół czego kręci się "Motion", to akordeon, chęć działania z tym instrumentem w inny sposób, niż czyniono to dotychczas, zmiana myślenia o akordeonie. Za dziesięć lat chciałbym, żeby mówiono o nas: "To byli ludzie, którzy w pewnym sensie zrewolucjonizowali akordeon. Poszli na całość, ale bez totalnej rewolucji, która od początku, od pierwszej płyty rozwali wszystko, wszystkie mity na temat akordeonu". Bez szoku, powolutku wkręcamy ludzi w nowe myślenie. Celem jest globalizacja cyji!
- Motion oznacza ruch - Janusz wraca do pytania. - Większość ludzi zauważa u nas puls, rytmikę, ruch. Ktoś powiedział, że jest to kompilacja słów "Motion Pictures". Nasza muza to nasz film. Nie chcieliśmy, by nazwa zespołu miała w sobie akordeon. Inaczej, odwrotnie. Kiedyś była nazwa CPN i wszyscy wiedzieli, że chodzi o benzynę, było PKS - chodziło o autobusy i komunikację, PKP to pociągi, a "Motion" ma znaczyć akordeon. Dlatego akordeon za dziesięć lat to będzie "Motion" i wszystko, co się pojawi, będzie już wtórne, ponieważ, jeżeli chodzi o granie na samych akordeonach, podkreślam - akustycznie, bez żadnych efektów, to jesteśmy jedyni na świecie. Jest jeszcze Kimmo Pohjonen, który używa sampli, całego arsenału elektroniki.
To nas jeszcze nie kusi. Może do tego nie dorośliśmy. Po co nam samplować, jeśli mamy wspaniałe instrumenty - "samplery akustyczne". Akordeon ma te dźwięki w sobie. Do czasu konkursu Pendereckiego był tylko jeden w miarę dobry utwór Mutta, napisany przez Yukkę Tiensuu na trzy akordeony. Na ten skład nic nie było pisane. A akordeon potrafi zagospodarować rejony, które obejmuje orkiestra kameralna! Ile mamy rąk! Ile mamy możliwości grania harmonicznego!
RUCH BEZ GRANIC
- Jesteśmy trendy bez trendy - śmieje się lider Motion Tria. - Bo trendy jest teraz akordeon. Zaczęto zwracać uwagę na ten instrument, bo nie jest wyświechtany. Jesteśmy dziećmi tego sukcesu. Kronos Quartet stworzył wiele rzeczy, w tym wiele złych, ale przede wszystkim stworzył ideę klasycznego skądinąd zespołu, który potrafi się bawić w rzeczy nieklasyczne: w Afrykę, Azję, muzykę współczesną, muzykę filmową. Takie ma być Motion - totalnie otwarte. - Odbiorca? - zastanawia się Wojtarowicz. - Jest teraz tendencja, żeby grać muzykę w sposób wyluzowany, bez przeżycia, bez romantyzmu, bez rozdzielania artysty, jako pewnego rodzaju sacrum, od "profanum", które ma siedzieć i słuchać - "ja jestem artysta i zaraz tu będę prezentował sztukę" - nie! Trzeba dotrzeć do człowieka ze swoją muzyką, a nie zamykać się w bunkrze inności.
- Zauważyliśmy ostatnio, co nas cieszy, zainteresowanie naszą muzyką wśród ludzi młodych - dodaje z powagą Rudy. - Bardzo nam zależy, by do nich docierać. Tworzymy teraz nowy program dla "młodych gniewnych", którzy znają się na muzyce.
- Niszowość? - Janusz nie kryje niechęci. - Artyści często skazują się na niszowość: "MY tu będziemy śpiewać, MY jesteśmy tak bardzo inni". Motion myśli inaczej, pyta: "Kim jesteśmy?". Jesteśmy najpierw ludźmi, potem muzykami, potem akordeonistami. Na bazie tej trójcy musimy wybudować cały świat. Sami piszemy kawałki. I w tym momencie szukaj człowieku siebie! Przyjmujemy to, co daje życie. Przyjmujemy i czekamy pracując. Rozwój wydarzeń ma się układać pod nasze dyktando, naszej świadomości muzycznej, a nie pod dyktando całej "zawieruchy". Ubieramy się sami, u dobrych krawców, do których mamy zaufanie, ustalamy własny wizerunek, ustalamy zdjęcia, ustalamy własne brzmienie płyt, sami je produkujemy. W tym momencie mamy poczucie, że wszystko, co od nas wychodzi, jest kwestią Motion Team. Założyliśmy własne wydawnictwo Acordeonus Records. To daje niezależność. Dążymy by zaakceptowano nasz sposób myślenia o muzyce. Nie może być odwrotnie, bo Motion gra swoją muzykę - to nasze pierwsze "przykazanie boskie" i koniec!
RECITAL
- Płytą "Play Station" chcieliśmy udowodnić, że artysta najpierw powinien umieć grać. Umiesz grać, to baw się - pointuje Janusz. - Muzyka eksperymentalna jest w większości zagospodarowywana przez artystów, którzy nie potrafią grać, więc szukają swojego miejsca w sztuce albo przez skandal albo przez przypadek. Motion nie poszło na skróty. Nagraliśmy "Pictures From The Street" i zaraz był konkurs Pendereckiego, potem nagraliśmy "Play Station". Wygranie konkursu wzbudziło szacunek dla naszych osób i otworzyło furtkę na eksperymenty. Docenili nas ludzie z czternastu krajów, wykształceni, nie tak jak my "wywaleni" z Akademii Muzycznej. Ale włożyliśmy w to piekielnie dużo pracy. Teraz chcielibyśmy, by Penderecki napisał dla nas utwór. Napisała dla nas Marta Ptaszyńska (szefowa Departamentu Muzyki Uniwersytetu Chicago, gdzie mieliśmy zaszczyt prowadzić wykłady w zeszłym roku). Napisał Zbigniew Bargielski (wykładowca Akademii Muzycznej w Grazu), napisał Gordon David (kompozytor, pracownik Uniwersytetu Chicago). Szukamy kompozytorów. Rozmawialiśmy z Markiem Stachowskim, rektorem krakowskiej Akademii Muzycznej. Zbieramy materiał na najnowszą płytę. Będzie się nazywać "Recital" i będzie to współczesna muzyka napisana dla Motion Trio. Chcemy, by kompozytorzy zainteresowali się akordeonem. Po wygraniu konkursu poznaliśmy wielu ludzi ze środowiska zupełnie nie zagospodarowanej w Polsce muzyki współczesnej, elitarnej - tej, która tak naprawdę wyznacza nowe trendy. Ci muzycy są "szarymi eminencjami". W zaciszu swych gabinetów, mając wielką wiedzę na temat muzyki, tworzą rzeczy, które później ktoś inny przekłada na bardziej komercyjną wersję. I cała sława spływa na tego drugiego. My też jesteśmy trochę takimi "hienami".
- Kiedyś ja przynosiłem kawałki - wspomina Wojtarowicz. - Od pewnego czasu komponujemy wspólnie. To przynosi najlepsze efekty. Nie ma poczucia wyraźnego liderowania. Czerpiemy od siebie nawzajem. Służymy muzyce. Tworzymy na próbach. A jak powstają utwory? Przychodzimy na próbę i gramy - Janusz szuka w pamięci. - Wiele utworów powstało w ten sposób, że ktoś chciał zamknąć miech od akordeonu i nacisnął coś przypadkowo. Najlepsze kawałki zrodziły się w najmniej oczekiwanych okolicznościach.
YOU DANCE
- Czy utwór z bitem jest na serio? - wyzwanie podejmuje Rudy. - Ważne jest to, czy się podoba. Graliśmy go wszędzie: w klubach, w kościołach, w Filharmonii Narodowej podczas spotkania z muzyką współczesną, gdzie grali laureaci konkursu Pendereckiego i wszędzie wzbudził wielkie emocje. Także u mistrzów kompozycji!
- Nasze umiłowanie do techno jest znane - śmiało rzuca Janusz. - Tak samo do heavy metalu. Gdy gramy kawałek, który kiedyś nazywał się "Metal", a teraz nosi tytuł "Seed II", podchodzimy do niego, jakbyśmy grali tylko i wyłącznie metal. I tylko wtedy ten utwór brzmi. Gdy zaczniemy pokazywać: "O! Patrzcie, my tutaj naciśniemy te guziki", wtedy się nie uda. Tak samo jest, gdy gramy "You Dance", które jest rozbiciem schematu.
Teraz siedzimy w Alchemii na Kazimierzu. Wszyscy myślą, że jak kultura żydowska, to zaraz cierpienie. Cały świat kojarzy muzykę klezmerską z sytuacją, która miała miejsce podczas II wojny światowej. Natomiast muzyka to coś zupełnie innego, dlatego wzięliśmy żydowski temat, przerobiliśmy na techno i nazwaliśmy go You Dance. Zawsze boimy się grać ten utwór, ale wszyscy go chcą, i ci poważni, i ci niepoważni. Dlatego nie ma żartów w naszej muzyce.
- Nie zrywamy z tradycją - obrusza się Janusz. - Dlaczego jest tam temat żydowski, taki jaki można by zagrać w każdej kapeli klezmerskiej? Mówiono "żart Motion Trio", bo ktoś słyszał "Sacrum, Profanum". I już jest schemat - przychodzi poważny artysta i gra poważną muzykę. Chcemy zaskakiwać na naszych koncertach. Niekoniecznie ekscentrycznym zachowaniem na scenie, ale chcemy zachowywać się ekscentrycznie poprzez nasze dźwięki.
Z pytania "czego słuchasz?" Rudy nie jest zadowolony: - Nie wiem. Nie ma czegoś takiego. Wszystkiego słucham. Wszystkiego, co jest dobre i wzbudza emocje. Słucham disco polo i heavy metalu. To nie żart. Po kilku hucznych sobotach świetnie było obejrzeć sobie rano "Disco Relax".
- Uwielbiamy disco polo! - wykrzykuje Janusz. - Wiesz, bo my jesteśmy trochę wieśniakami. (głośny śmiech) Pochodzimy z małych miejscowości, gdzie nic mnie tak nie cieszyło jak pójście na kiełbasę na stadion, na festyn, gdzie nikt nie grał wydumanych piosenek Wilków, ale zupełnie niemęczącą muzykę, tak że można było "potupać". Chodzi o miejsca, gdzie było nam dobrze. Z tym kojarzy nam się muzyka. Z brakiem poczucia ciągłej walki artystów między sobą. Nie tworzymy żadnej bohemy. Po prostu - kochamy grać na akordeonie, kochamy wielość, nie chcemy być modni, nie chcemy być trendy, nas to zupełnie nie interesuje. Nikt nas nie będzie kreował!
IMPROWIZACJA
- Improwizacji jest dużo i niedużo - Janusz waha się. - Generalnie nie jesteśmy zespołem, który czerpie z jazzu. Nie przeszliśmy żadnej szkoły jazzowej, skale jazzowe znamy - ot, tak sobie. Ale z drugiej strony "Czeczenia" to improwizowany utwór. Tam nie ma zapisanych, konkretnych dźwięków. Natomiast "Game Over" to utwór oparty na jednym riffie Rudego, gdzie Dzidek tylko i wyłącznie improwizuje, gra swoją gierkę. To jego przeżycie i cztery minuty zabawy.
- Jesteśmy improwizatorami, ale w naszej muzyce nie ma miejsca dla stricte jazzowej improwizacji - dodaje Marcin. - Nie gramy jazzowych dźwięków. Generalnie nasza muzyka jest zapisana w nutach.
I Wojtarowicz: - Pragniemy grać z takimi muzykami jak Tomasz Stańko czy Bobby McFerrin, bo oni mając wrodzony dar do genialnej improwizacji, mogą używając naszej muzyki, pokazać inne jej rejony. Możemy się "rozszerzyć" w naszych dźwiękach, zainspirować. Natomiast nigdy nie będziemy się silić na zabawę typu - teraz Rudy gra riff, a Jasiek improwizuje, bo to byłaby tragedia. Swoje solówki wypracowujemy. Znamy muzykę i w jej różnorodności szukamy inspiracji dla siebie, czerpiąc z muzyki współczesnej, klasycznej, z baroku, może nie z folku, ale z jazzu, rocka, metalu, techno, house, disco polo. Potem bierzesz akordeon i wypływa dźwięk. I już nie wiesz skąd się wziął, ale jest świetny.
BĘDZIEMY BOGACI
- Żyjemy z akordeonu - przyznaje Janusz. - Trzeba się naharować, ale da się. Za jakiś czas udowodnimy wszystkim, że da się z tego żyć bardzo dobrze. Motion to kiedyś będą bardzo bogaci ludzie. Bogaci nie w finanse, ale bogaci dlatego, że spotkali i poznali tego, tego i tego. Rozglądamy się, szukamy nie tego, co jest modne, ale tego, co nas fascynuje. Z drugiej strony nie chcemy być ludźmi biednymi w sensie finansowym, ponieważ brak pieniędzy determinuje ludzi do szukania zarobku, a nie do działania w muzyce. Dlatego powstał Motion Team - profesjonalne podstawy do działania grupy, profesjonalne zarządzanie firmą Motion Trio, głównie poprzez Internet. Dzięki temu możemy sobie dobrze radzić bez działania managementu.
C.D.N.
- Co dalej? - W oczach Janusza zapalają się iskierki. - Gramy pięć koncertów z rzędu w Wiedniu, w Birdland, nowo otwartym klubie Joe Zawinula, od 21 do 25 września. Pierwszy dzień: nasza muza kościelna - "Sacrum, Profanum", drugi: muzyka współczesna napisana dla Motion, trzeci: muzyka uliczna - "Pictures From The Street" - na starych akordeonach, w innych ciuszkach, czwarty: występ z gwiazdą - być może Tomasz Stańko, piąty - Motion z bębnami. Współpracujemy z Arturem Malikiem. Ćwiczymy tutaj, w Alchemii.
Chcemy dać słuchaczom odetchnąć od trzech akordeonów i pozwolić posłuchać naturalnego bębna, lekko spreparowanego poprzez trigery. Bo pragniemy grać koncerty klubowe - ludzie na stojąco i my. Wszystko trzeba przeżyć - my chcemy przeżyć zasapanych gości w przepoconych koszulkach, którzy będą się doskonale bawić przy naszej muzyce, ale na poziomie od You Dance w górę.
Jeszcze w tym roku będziemy grać w dziesięciu krajach. Jedziemy na Ukrainę, potem prawdopodobnie do Stanów, Francji, Rosji (na festiwal muzyki nowej Alternativa Festival), Portugalii. Chcielibyśmy też zagrać na Warszawskiej Jesieni.
WORLD Powrót akordeonu
Jesli pomyślimy o miechu akordeonu, jako o XIX wiecznym odpowiedniku wzmacniacza Marshall'a, możemy sobie wyobrazić dlaczego ten instrument rozpowszechnił się opanowując muzykę ludową jednego kraju za drugimRodowód akordeonu wywodzi się ze starożytnych Chin, jednak jego nazwa została opatentowana w Paryżu w 1829 przez weneckiego lutnika, pomimo tego, że niemiecki rzemieślnik kilka lat wcześniej stworzył instrument bardziej podobny do współczesnego akordeonu. Do końca wieku fabryki produkowały tak duże ilości akordeonów, że zastanawiano się czy ten instrument nie zastąpi muzyki tradycyjnej. Jednak jednak zajął swoje miejsce obok innych instrumentów, by stać się centrum wielu kompozycji. Kiedy imigranci przybywali do Ameryk, przywozili swoje miechy ze sobą od Argentyny do Cape Breton. W XX wieku popularność akordeonu rosła i spadała. Podobnie jak tradycje, których był częścią, akordeon został uznany jako staromodny. Jaki inny instrument miał fan club nazwany Closet Accordion Players of America? Wraz z ponownym odkryciem muzyki etnicznej i regionalnej, akordeon odzyskuje uznanie.
Niedawno wydane płyty wskazują, że jest on artystycznie, przynajmniej, w dobrych rękach.
Motion Trio z Polski składa się z trzech akordeonistów z wykształceniem muzycznym, którzy podczas studiów na Krakowskiej Akademii Muzycznej grali także na ulicy. W opisie ich płyty "Pictures From the Street" (Indigo), lider Janusz Wojtarowicz, stwierdza: "Tradycjonaliści akordeonu nie mają już nowych pomysłów. Naszym celem jest wydobycie z akordeonu dźwięków, których nikt jeszcze nie słyszał". Wojtarowicz mówi, że Trio chce "otworzyć drzwi sal koncertowych dla akordeonu, by uczynić jego obecność tak naturalną jak skrzypiec, czy fortepianu".
Pomimo tego, że mówią o eksperymentach i muzyce klasycznej, utwory na "Pictures" są rytmicznym i zabawnym produktem ubocznym ich doświadczeń z grania na ulicy. Wojtarowicz powiedział, że granie na ulicy "było wielką przygodą ... ulica wiele nas nauczyła: stylu, umiejętności radzenia sobie z przeciwnościami, walczenia o swoje".
Ich płyta, jak mówi "jest opowieścią o miejscach, ludziach, a przede wszystkim o emocjach podczas grania na ulicy". Kolejna niespodzianka w Stanach to album słabo znanej, akordeonowej muzyki z Argentyny zwanej chamamé.
W przeciwieństwie do argentyńskiego tango, chamamé jest muzyką o nieakcentowanej mierze taktu, typową dla wiejskich obszarów północnego wschodu kraju. Grana przez Chango Spasiuk na jego "Tarefero de Mis Pagos" (Piranha), surowe chamamé jest eleganckie i ulotne. Spasiuk gra z wigorem rytmy na sześć ósmych tak jakby grał dla tańczących par. Wykonuje także utwory ze zmiennym rytmem i dynamiką jak kompozycje klasyczne.
Mówi, że chamamé kwitnie na północnym wschodzie Argentyny, jednak nigdy nie było uważane za tak prestiżowe jak tango. "Choć to nie jest moim celem, czuję się szczęśliwy kiedy mogę słyszeć tę muzykę w miejscach, w których dotąd nikt nie spodziewałby się usłyszeć chamamé." Akordeon od dawna jest elementem tradycyjnej muzyki irlandzkiej. Akordeonistka Sharon Shannon otworzyła scenę muzyczną na pozostałe kultury celtyckie i nie tylko. Jej debiut Eponymous 1991 był najlepiej sprzedającą się płytą z tradycyjną muzyką irlandzką, choć zawierała także dźwięki rodem z Portugalii i kraju Cajun. Dwie ostatnie płyty Shannon w stylu Nashville, łączą tradycyjne utwory irlandzkie z amerykańskim country. Wytwórnia Compass wznowiła płytę "Spellbound" - retrospekcję wcześniejszej kariery Shannon, w której ujawnia się jej urocze najazdy poza muzykę irlandzką oraz porywające skoczne irlandzkie tańce. Obecnie, technologia cyfrowa przyćmiewa nawet wpływ gitary elektrycznej na muzykę popularną, jednak sprawność oraz emocjonalna nośność gry takich artystów upewnia, że usłyszymy jeszcze kilka zwrotek przed ostatnią codą akordeonu.
Martylipp@hotmail.com






